/Białoruś – polskie zarobki, grenlandzkie ceny

Białoruś – polskie zarobki, grenlandzkie ceny

W Polsce pokutuje mit biednej Białorusi, w której ludzie zarabiają śmiesznie małe pieniądze. Ten stereotyp ma swoje uzasadnienie: tak rzeczywiście było w latach 90-tych i tak obecnie jest na sąsiedniej Zachodniej Ukrainie, skąd do Polski przyjeżdża cała masa imigrantów zarobkowych.





Niestety, w świadomości przeciętnego Polaka wszystko to miesza się w jedną całość i w efekcie sprowadza do jednego wniosku: „Na wschód od Bugu zarabiają bardzo mało”. W domyśle: nie tylko na zachodnioukraińskiej wiosce, ale także na Białorusi, w Mińsku czy Grodnie – gdzie w rzeczywistości zarobki są takie jak w Polsce lub nawet wyższe. A tymczasem w odniesieniu do Białorusi to nie poziom wynagrodzeń jest największym problemem, lecz kwestie bardziej natury politycznej, absurdów życia codziennego rodem z filmów Barei, braku możliwości podróżowania po Europie bez wiz i granic. Problemów gospodarczych oczywiście też nie brakuje – ale przejawiają się one nie tyle w niskich zarobkach (te są na poziomie porównywalnym z polskimi z Lubelszczyzny i Podkarpacia), ale w absurdalnie wysokich cenach.

I tu od razu musimy zrobić kilka uwag. Podobnie jak nie jest możliwe postawienie znaku równości między zarobkami mieszkańca Warszawy i mieszkańca popegeerowskiej wioski na Pomorzu Zachodnim, tak samo jest na Białorusi. W Mińsku wynagrodzenia są wręcz świetne, w wielu przypadkach nawet wyższe niż w Krakowie, Wrocławiu czy Gdańsku, ale niższe niż w Wiedniu, Londynie i Paryżu. Ale jeszcze zależy, o przedstawicielach jakiej profesji mówimy. Sprzedawczyni w sklepie czy sprzątaczka zarabia w Mińsku mało, w granicach 200-300 euro – za takie pieniądze trudno jest przeżyć, podobnie jak w Polsce zarabiając na podobnej posadzie 1600 złotych. Ale już szanujący się miński informatyk, grafik komputerowy czy dentysta za mniej niż 1000 euro miesięcznie nawet z łóżka nie wstanie. Oczywiście prawdą jest, że również w Polsce informatycy zarabiają dużo, ale ci z Mińska czy Kijowa faktycznie otrzymują na rękę o wiele więcej, niż ich koledzy po fachu z Krakowa czy Wrocławia.

Kolejną ciekawą grupą są przedsiębiorcy. I tu kolejny mit, jakoby Białoruś była krajem komunistycznym, bez własności prywatnej. Założenie własnej jednoosobowej działalności gospodarczej nie jest trudniejsze, niż w Polsce, wręcz przeciwnie. Ale nie popadajmy w nadmierny zachwyt: białoruskie władze podatkowe gnębią drobnych przedsiębiorców w nie mniejszym stopniu, niż nasz ZUS i Urzędy Skarbowe. Ale znów: nie ze względów polityczno-ideologicznych, tylko z takich samych przyczyn, jak to ma miejsce w Polsce. A więc nasyłanie nieznośnych kontroli na małe firmy, niekorzystne dla przedsiębiorców rozwiązania prawne, niejednoznaczne przepisy, interpretowane nie na korzyść małego biznesu – to wszystko ma miejsce nie dlatego, że „władza chce państwa komunistycznego i dlatego z powodów ideologicznych gnębi prywatną własność”. Nie, te problemy drobnych przedsiębiorców są tej samej natury co u nas pod rządami ministra Rostowskiego czy Morawieckiego: po prostu żarłoczne państwo, niezależnie kto by rządził, chce wycisnąć od drobnych biznesmenów jak najwięcej. Dokładnie tak jak w Polsce, Słowacji, Ukrainie, Rumunii…

W efekcie białoruscy przedsiębiorcy tak jak i ich polscy koledzy muszą obchodzić nieżyciowe przepisy, nieraz kombinować. Ale nie bardziej, niż to ma miejsce w Polsce. Z jednym zastrzeżeniem: nie mówimy tu o osobach, które prowadzą działalność gospodarczą, ale równocześnie są zaangażowani w politykę – tutaj wnikliwy Czytelnik sam sobie dopowie, jak sprawy się mają.

Ale generalnie białoruscy przedsiębiorcy potrafią funkcjonować całkiem nieźle i, bez powiązań z władzą i innych koneksji. Oczywiście nie wszyscy – większość stanowią tacy, dla których działalność gospodarcza jest po prostu koniecznością i formalnym rozwiązaniem, by uniknąć bezrobocia – jak polscy samozatrudnieni. Dużą grupę stanowią osoby, które po prostu w formie działalności gospodarczej prowadzą wolny zawód: np. gabinet dentystyczny, prywatną praktykę medyczną (tak, białoruska służba zdrowia jest bezpłatna i powszechna – polska w teorii też), kancelarię adwokacką (dopóki nie grzebiesz się w sprawach politycznych, jest OK.), biuro tłumaczeń czy agencję turystyczną. To taka białoruska klasa średnia. I naprawdę różnice między ich sytuacją a sytuacją drobnego biznesu w Polsce nie są zauważalne, ich sytuacja jest bardzo podobna.

A białoruska wioska? Wiadomo, jest dużo gorzej niż w Mińsku. Choć nie tak tragicznie, jak na obszarach wiejskich Zachodniej Ukrainy. Ale tu znów mamy sytuację porównywalną z Polską: na białoruskiej prowincji żyje się może trochę gorzej, niż na mazowieckiej wsi, ale nie są to różnice tak kolosalne jak między przysłowiową polską Jasienicą a ukraińską Chorużiwką.

„A więc jest świetnie, Łukaszenka nie jest taki zły, od początku wiedziałem, że jego polityka jest całkiem mądra” – pomyśli część czytelników. „Co za bujda, to prołukaszenkowska propaganda, co ten palant autor sobie myśli” – napisze w komentarzu kolejna grupa. Otóż nie. Bo „polskie zarobki” na Białorusi to tylko jedna strona medalu. Druga, o wiele bardziej przykra dla Białorusinów (ale korzystna dla białostockich handlowców) – to ujęte w tytule „grenlandzkie” ceny, czyli mówiąc wprost: na Białorusi niemal wszystko jest kilkanaście, kilkadziesiąt czy nawet kilkaset procent droższe, niż w Polsce.

Największe różnice jeśli chodzi o żywność są w przypadku mięsa. Kilogram wołowiny, wieprzowiny czy drobiu na Białorusi jest nawet dwukrotnie droższy, niż w Polsce. Droższe niż u nas są nawet ziemniaki: mimo że Białoruś jest pogardliwie nazywana przez jej wschodnich sąsiadów „krajem ziemniaków”, Białorusini to dla Rosjan „bulbaszi” – ci co tylko jedzą i uprawiają kartofle. Chleb, kasza gryczana, woda mineralna, piwo – ceny porównywalne z polskimi. Tańsza niż w Polsce jest sól (znakomita sól kamienna ukraińskiej produkcji – polecam!) i papierosy. No i wódka, ale wbrew pozorom nie są to różnice aż tak wielkie.

Oczywiście mieszkając na Białorusi da się zrobić tanie zakupy. Trzeba po prostu nie korzystać z supermarketów, ale chodzić na bazary i to nie pierwsze lepsze, ale wiedzieć które. I kupić od razu 30 kg taniej cebuli i 20 kg cukini prosto od chłopa. Przy czym takiego zaprzyjaźnionego. Trzymać to wszystko w specjalnej spiżarni czy piwnicy, robić przetwory na cały rok. Z mięsem tak samo – zamiast kupować po 50 zł za kilogram, nawiązać kontakt ze znajomym rolnikiem i kupić od niego od razu cały zamrażalnik za 15 zł/kg. Właśnie tak ludzie robią, w ten sposób radzą sobie z drożyzną – ale wbrew pozorom nie każdy tak potrafi, dla wielu przedstawicieli białoruskiej klasy średniej jest to kompletna abstrakcja.

Z elektroniką, markową odzieżą czy sprzętem sportowym jest jeszcze gorzej. I wbrew częstym przekonaniom Polaków wcale nie dlatego, że „na Białorusi nie ma galerii handlowych”. Są, a jakże! Nawet bardziej luksusowe, niż w polskich miastach. Ale ceny – z kosmosu. Dobrej jakości namiot, który w Polsce w hipermarkecie kosztuje 100 złotych, a w markowym sklepie 300-350, w Mińsku można kupić za równowartość tysiąca złotych. Z dostępem do tego towaru nie ma problemu, to nie czasy sowieckie, gdy były puste półki i kartki na buty. Idziesz do eleganckiego mińskiego centrum handlowego, wydajesz 250 euro i namiot jest twój. A że cena trzykrotnie wyższa niż w Polsce czy Ukrainie? To już twój problem.

Wyjątkiem w tej całej sytuacji wysokich cen są natomiast opłaty komunalne. W Polsce miesięczny rachunek za prąd to kwota rzędu 150 złotych – na Białorusi to jakieś 20 złotych. Z gazem, opłatą za śmieci czy wodę podobnie. Całość opłat eksploatacyjnych w typowym mińskim blokowisku zamyka się w kwocie rzędu 100 złotych miesięcznie lub nawet mniej. A że nie ma to uzasadnienia w kosztach, że jest to dotowane przez państwo – to już inna bajka.

I właśnie na tym przykładzie widać doskonale kwintesencję sytuacji gospodarczej Białorusi. Ceny większości towarów są wyższe, niż w Unii Europejskiej i Ukrainie, ale z tym jakoś trzeba się pogodzić. Za to władza na siłę utrzymuje niskie stawki opłat komunalnych (za gaz, prąd, śmieci), dopłacając do interesu. W efekcie Białorusini absolutnie nie myślą o jakimkolwiek oszczędzaniu wody czy energii. Zbudowane w latach 60-tych bloki (tzw. chruszczowki) mają w kuchni dziury w ścianach i specjalną półkę, pełniącą rolę lodówki. Bo z jednej strony jest dziura na zewnątrz i w zimie ta skrzynia może pełnić rolę chłodziarki-spiżarki (a w czasach Chruszczowa prawdziwa lodówka to był rarytas – stąd to rozwiązanie architektoniczne). Z drugiej strony, przecież ogrzewanie gazowe i tak jest (było) prawie za darmo, więc można utrzymywać nawet w siarczyste mrozy dziury w ścianach, otwierać okna na oścież, a równocześnie grzać na maksa piecykiem gazowym, bo i tak miesięczny rachunek za gaz nie przekroczy 50 złotych (przy zarobkach rzędu 2000 złotych). W Polsce czy Ukrainie gdyby tak grzać zapłacilibyśmy 500 złotych miesięcznie za gaz – na Białorusi jednak gaz jest „darmowy”, bo dotowany dzięki „przyjaźni z Rosją”, dlatego o efektywności energetycznej tu nikt nie myśli.

I to właśnie jest jeden z powodów tak wysokich cen. Protekcjonalizm, brak poszanowania energii, podejście „produkujmy drogo, byle jak, i tak państwo nas ochroni przed ukraińskimi i polskimi towarami barierą celną”. Efekt – polskie zarobki, grenlandzkie ceny (na Grenlandii wysokie ceny są uzasadnione tym, że rynek wewnętrzny jest mikroskopijny, a niemal wszystko oprócz ryb trzeba sprowadzać drogim transportem lotniczym z Danii czy innej zagranicy).

Dodajmy, że na Ukrainie było podobnie, ale Ukraina już od tego modelu odeszła. Przede wszystkim za sprawą drogiego gazu: Ukraińcy płacą za rosyjski gaz więcej od Polaków i Niemców. To, co miało Ukraińców wykończyć (na to liczyli Rosjanie), w efekcie posłużyło jako impuls dla modernizacji ukraińskiej gospodarki – i to paradoksalnie pod władzą Janukowycza. Ukraina nie to że chciała, ale po prostu musiała przestawić się na energooszczędne technologie, zamontować liczniki w blokach mieszkalnych, oszczędzać wodę i energię i racjonalnie gospodarować zasobami. Nie tylko w gospodarce komunalnej, ale też w przemyśle. Oczywiście nie popadajmy w entuzjazm – Ukrainie jeszcze wiele brakuje do tego, by osiągnąć pod względem efektywności energetycznej chociażby polskie standardy. Ale w porównaniu z Białorusią jest to już różnica cywilizacyjna.

Druga sprawa, to bariery celne. Ukraina, co by o niej nie powiedzieć, jest jednak o wiele bardziej zintegrowana z globalnym rynkiem, niż Sojuz Bielarusi i Rasii. Ukraina lawiruje między Wschodem i Zachodem, nie prowadzi reform tak szybko jak trzeba, ale mimo to jest bardziej otwarta na zagraniczną konkurencję. W efekcie przekłada się to na dużo niższe ceny w porównaniu z tymi białoruskimi – choć w wielu przypadkach wyższe, niż w Polsce. To dlatego Łuck i Czernihów są dosłownie rozjeżdżane przez białoruskich turystów zakupowych, którzy podczas jednej wizyty są w stanie w ukraińskich supermarketach zostawić kwotę rzędu miesięcznej pensji, a więc nawet równowartość 2000 złotych. I nie dlatego, że są tacy bogaci – po prostu kiedy mińszczanin wybiera się do Homla lub Białegostoku na zakupy, od razu wokół niego skupia się kolejka znajomych: dam ci kasę i kup mi namiot, buty, firanki, śpiwór, telewizor i niewiadomo co jeszcze. Bo jest różnica zapłacić za daną rzecz w Czernihowie 500 hrywien, a za to samo w Mińsku – 1 200 000 starych rubli, czyli 1200 hrywien po kursie z 2012 roku: ponad dwa razy drożej.

Opisana przez nas sytuacja jest oczywiście nienaturalna i nie będzie trwać wiecznie. W końcu jeszcze kilkanaście lat temu to my jeździliśmy na Ukrainę i Białoruś i zachwycaliśmy się, jak tam tanio, a nie odwrotnie. Dlatego budowanie wieloletnich strategii rozwoju województwa Podlaskiego na założeniu: będziemy przez najbliższe 50 lat rozwijać się gospodarczo dzięki temu, że przyjadą do nas na zakupy Białorusini – to nonsens. Ten trend potrwa jeszcze może 5 lat, może 10, nie więcej. Prędzej czy później białoruska gospodarka się zreformuje, otworzy na świat i znów jak w 2000 roku to na Białorusi będzie taniej, niż u nas. Tym niemniej, właśnie teraz mamy swoje pięć minut i musimy to wykorzystać. To do nas chcą masowo przyjeżdżać turyści zakupowi ze Wschodu, wspomagając tym samym rozwój gospodarki Polski Wschodniej – tej która najbardziej potrzebuje wsparcia.

I jak na tę sytuację odnosi się polskie MSZ? Zamiast wykorzystać maksymalnie możliwości handlu przygranicznego, stwarza Białorusinom problemy wizowe nie do przejścia. Zamiast dać Białorusinom stale jeżdżącym do Białegostoku na zakupy od razu wizy pięcioletnie, polskie konsulaty wydają im wizy ważne maksymalnie miesiąc lub rok. Po tym okresie znów trzeba się starać o nową wizę. A system wizowy jest zablokowany przez hakerów. W efekcie, zamiast na zakupy do Białegostoku, Białorusini pozbawieni możliwości uzyskania wizy pięcioletniej udadzą się na bezwizowe zakupy do ukraińskiego Czernihowa. Zamiast 300 złotych za dobry namiot, zapłacą w Czernihowie 400 złotych, ale to i tak taniej, niż 1000 złotych, które musieliby wydać na taki zakup w Mińsku.

W oczywisty sposób tracą na tym podlascy i lubelscy przedsiębiorcy, ale kogo to obchodzi – ważne, że nie wydając wiz pięcioletnich, polskie MSZ sztucznie nabija sobie statystyki wizowe. „Wydajemy najwięcej wiz w Europie, jesteśmy tacy fajni” – chwali się minister Waszczykowski, Sikorski, a przed nimi tak samo chwaliła się minister Fotyga. Bo gdyby konsulaty wydawały wizy pięcioletnie, jedna i ta sama osoba nie musiałaby co miesiąc przychodzić do konsulu po nową wizę i Polska nie mogłaby już szpanować przed Unią imponującą liczbą wydanych wiz. A konsulowie nie otrzymywaliby dziś nagród za „plan wizowy zrealizowany w 130%”, czyli kolejne „wydaliśmy aż milion wiz, o 30% więcej niż przed rokiem”.

Jakub Łoginow