/Akweny żeglarsko-rekreacyjne w Krakowie. Czy Kraków doczeka się swojej Pogorii?

Akweny żeglarsko-rekreacyjne w Krakowie. Czy Kraków doczeka się swojej Pogorii?

Nieformalna stolica Zagłębia jest chyba ostatnim miastem, z którym krakowianie chcieliby się porównywać. Bo to nawet nie wypada: gdzie Rzym, gdzie Krym; nie ta skala, nie ta ranga. A jednak jest coś, czego możemy nieodległej Dąbrowie Górniczej pozazdrościć. Mowa o Pojezierzu Dąbrowskim, czyli zespole pięciu sztucznych zbiorników rekreacyjnych w Dąbrowie Górniczej i okolicach, które powstały wskutek eksploatacji kopalin, a dziś służą mieszkańcom, są rajem dla plażowiczów, żeglarzy i windsurferów. A także ulubionym miejscem rolkarzy z całego Zagłębia i Śląska, którzy upodobali sobie okalającą jeziora asfaltową trasę.




Zdjęcia z dąbrowskich zalewów naprawdę robią wrażenie: niewtajemniczonym można powiedzieć, że to Mazury – i mało kto dostrzeże różnicę. Chociaż przy niektórych ujęciach dość zabawnie wygląda to urokliwe quasi-mazurskie jezioro w zestawieniu z majaczącymi w oddali kominami Huty Katowice czy zakładu energetycznego. Tym niemniej, pod względem powierzchni swoich akwenów, Dąbrowa Górnicza może śmiało konkurować nawet z takimi wodniackimi tuzami, jak Olsztyn czy Ostróda. I nie w samej powierzchni sprawa: zalewy Pogoria III i Pogoria IV to wręcz wzorcowy przykład udanej rekultywacji terenów pożwirowiskowych, z których z powodzeniem mogą czerpać inspirację także krakowscy decydenci.

Nieprzypadkowo piszę o tym właśnie teraz, u progu jesieni. W ostatnich tygodniach zbiegły się w czasie wydarzenia, które na długie dziesięciolecia przesądzą o przyszłości krakowskich akwenów. A jest o czym dyskutować, bo miasto właśnie przymierza się do lepszego zagospodarowania Bagrów, Przylasku Rusieckiego i Zakrzówka. Na zagospodarowanie czekają także dość pokaźne stawy pożwirowiskowe w rejonie Brzegów, gdzie niedawno odbywały się Światowe Dni Młodzieży. Spójrzmy więc, jak wygląda sytuacja wokół krakowskich akwenów, których przyszłość rozstrzyga się na naszych oczach.

Bagry – kuźnia żeglarskich talentów w geometrycznym środku miasta

Największym krakowskim jeziorem są Bagry, które powstały w dość tajemniczych okolicznościach II wojny światowej. Jak i pozostałe stawy w Krakowie i okolicach, Bagry są „efektem ubocznym” prowadzonej tu eksploatacji żwiru i piasku. Jednak w odróżnieniu od pozostałych wyrobisk, niewiele wiemy o okolicznościach prowadzonej tu eksploatacji. Krążą pogłoski, że na dnie jeziora, w jego najgłębszej części, można znaleźć zatopione tory dawnej kolejki, a nawet same wagony lub ich fragmenty. Nawiasem mówiąc, przy odrobinie inwencji twórczej, wokół okoliczności powstania Bagrów można by stworzyć legendę na miarę słynnego złotego pociągu z Wałbrzycha, która promowałaby Kraków i tę część miasta na cały kraj, a nawet zagranicę. Kto wie, co na dnie zbiornika ukryli hitlerowcy pod koniec wojny, gdy w pośpiechu wycofywali się z Krakowa?

A taka legenda miejska i lepszy PR z pewnością by się Bagrom przydały. Jezioro ma ogromny potencjał, niestety niewykorzystywany dostatecznie. Pod względem powierzchni ten największy krakowski akwen w niczym nie ustępuje poznańskiej Malcie, która jednak jest znana w całej Polsce. Bagry dopiero czekają na swoje pięć minut, choć wszystko wskazuje na to, że ich czas już się zaczyna.

Na zmianę postrzegania Bagrów wpłynęły poczynione w ostatnich latach inwestycje komunikacyjne, takie jak tramwaj do Małego Płaszowa, budowa ulicy Kuklińskiego czy estakady tramwajowo-rowerowej nad stacją Kraków-Płaszów. Dzięki nim nagle okazało się, że ten największy krakowski akwen wcale nie leży na końcu świata, jak jeszcze dziesięć lat temu myślała większość krakowian, ale da się do niego dojechać szybkim tramwajem w ciągu kilkunastu minut. Mimo pozornie peryferyjnego położenia, Bagry leżą bowiem w pobliżu geometrycznego środka Krakowa. Kolejnym mało znanym faktem jest to, że tutejsze kluby żeglarskie wykształciły prawdziwych mistrzów (żeglarzy, windsurferów), którzy osiągają sukcesy na krajowych i międzynarodowych regatach, zawstydzając wodniaków z Gdyni czy Olsztyna.

Biorąc pod uwagę powyższe fakty, zwiększenie rangi Bagrów było tylko kwestią czasu. Mimo coraz większej popularności i lepszego skomunikowania akwen ten wciąż bowiem sprawia wrażenie zaniedbanego. Wkrótce ma się to jednak zmienić za sprawą zwycięskiego projektu z ubiegłorocznego budżetu obywatelskiego, który przewiduje rewitalizację jeziora i jego otoczenia. Prace będą prowadzone tej jesieni i przewidują m.in. wysadzenie nowych drzew, stworzenie łąki kwietnej, powstanie nowych alejek, pomostów, placów zabaw i elementów małej architektury. Projekt ma kosztować 3 miliony złotych i ma się zakończyć w listopadzie – siłą rzeczy, z jego efektów skorzystamy już więc w następnym sezonie.

Przylasek Rusiecki

O ile Bagry jeszcze do niedawna dla wielu krakowian zdawały się leżeć na końcu świata, to co dopiero mówić o Przylasku Rusieckim w Nowej Hucie. Przylasek to typowy przykład niedokończonej rekultywacji po zakończeniu eksploatacji żwiru i piasku, która była tu prowadzona do lat 80-tych. A mówiąc dokładniej, żadnej rekultywacji tu nie przeprowadzono, po prostu porzucono stawy pożwirowiskowe bez ładu i składu, nawet nie łącząc ich ze sobą.

W tym momencie warto wrócić do przykładu dąbrowskich jezior Pogoria III i IV, które są dobrym przykładem na to, jak mógłby wyglądać nasz Przylasek, gdyby trzydzieści lat temu profesjonalnie zrekultywowano ten teren. Podobieństw między Pogorią a Przylaskiem jest bowiem zadziwiająco- wiele.

Po pierwsze, w obu przypadkach akweny powstały jako efekt uboczny wydobycia żwiru i piasku. Po drugie, wspólny jest też hutniczy charakter obu wyrobisk. Żwirowiska Pogorii powstały na potrzeby pobliskiej Huty Katowice, nasze – dla Huty imienia Lenina, obecnie Mittal Stell. I po trzecie – w momencie, gdy oba żwirowiska powstawały, była to zapyziała dziura. Tereny z dala od miasta, nieco apokaliptycznym krajobrazem, na których nie było po co się pojawiać.

I na tym niestety podobieństwa się kończą. Księżycowy krajobraz dąbrowskiej Pogorii w ciągu zaledwie kilku lat zamienił się w mazurską sielankę: można się tu poczuć niczym w Ostródzie czy Giżycku, pośród jachtów, desek windsurfingowych i plaż pełnych wczasowiczów. W tym samym czasie nasz Przylasek świecił pustkami: korzystali z niego niemal jedynie wędkarze, którzy dzierżawią ten teren płacąc za to miastu stosunkowo niewielkie pieniądze, w zamian za co udostępnili mieszkańcom jedynie prowizoryczne kąpielisko. Od niedawna działa tu także centrum wakeboardingu – to stosunkowo nowy sport, polegający na płynięciu z dużą prędkością na desce za wyciągiem lub motorówką (podobny wyciąg istnieje także na Bagrach).

Problemem Przylasku jest także dojazd, a raczej – jego brak. Aby dotrzeć tu komunikacją publiczną, trzeba dojechać tramwajem do Pleszowa i tam przesiąść się w autobus nr 141, który jednak kursuje dość rzadko. Nawet dla mieszkańców większości osiedli Nowej Huty dojazd zajmuje około godziny i wymaga nieraz dwóch przesiadek, a z punktu widzenia mieszkańców Śródmieścia, Krowodrzy czy Podgórza jest to już wyprawa na koniec świata, zajmująca aż półtorej godziny. Pozostaje więc samochód, ale tu pojawia się kolejny problem – brak parkingów.

Wkrótce jednak Przylasek może zyskać nowe oblicze. Na zlecenie miasta opracowywany jest plan rozwoju akwenów wraz z ich otoczeniem, który opracowuje firma Smart Concept. Dlaczego plan powstaje akurat teraz? Wiąże się to z faktem, że w przyszłym roku wygasa długoletnia umowa dzierżawna z Polskim Związkiem Wędkarskim. Miasto nie zamierza jej przedłużać (i tym samym utrzymywać nadal prowizorki), lecz chce utworzyć tu park miejski wraz z funkcjami rekreacyjnymi. Istotną sprawą jest to, że pojawiły się środki zewnętrzne na zagospodarowanie Przylasku – zaplanowano je w Regionalnym Programie Operacyjnym Województwa Małopolskiego na lata 2014–2020.

Czy po rewitalizacji Przylasek stanie się akwenem na miarę dąbrowskiej Pogorii? Jak wynika z pierwszych nieoficjalnych informacji, niestety na to się nie zanosi. Wstępne plany są raczej zachowawcze i nie przewidują połączenia zbiorników w jeden duży akwen, urozmaicony wyspami i półwyspami, który mógłby służyć także żeglarzom, kajakarzom i windsurferom. Zamiast śmiałej wizji, mówi się raczej o liftingu: utworzeniu ścieżek rekreacyjnych, elementów małej architektury, uporządkowaniu terenu. Na plus należy zaznaczyć to, że nareszcie zostanie rozwiązana kwestia fatalnego dojazdu. Uczestnicy konsultacji społecznych i urzędnicy najczęściej wskazują w tym kontekście wykorzystanie nieczynnej linii kolejowej, którą przynajmniej w sezonie letnim mógłby kursować szynobus. Dzięki niemu dojazd z Dworca Głównego lub Płaszowa do Przylasku zająłby ok. 20 minut. Miasto zaplanowało też budowę asfaltowej ścieżki pieszo-rowerowo-rolkarskiej wzdłuż Wisły do Przylasku i dalej w stronę Niepołomic. Jej pierwszy etap, od Dąbia do Mostu Wandy ma być zrealizowany jeszcze w tym roku – zakończenie prac zaplanowano na listopad.

Mówiąc o Przylasku nie sposób nie wspomnieć o rządowych planach budowy stopnia wodnego Niepołomice na Wiśle, który podniesie poziom lustra rzeki o kilka metrów i umożliwi żeglugę (obecnie jest ona możliwa tylko powyżej stopnia Przewóz). Inwestycja ma powstać w ciągu najbliższych 10 lat. W tym kontekście wspomina się o utworzeniu przystani żeglarskiej (wraz z przystankiem tramwaju wodnego) tuż przy Przylasku, naprzeciwko zbiorników i planowanego przystanku kolejowego. Do Przylasku można będzie więc dotrzeć nie tylko pociągiem, ale też tramwajem wodnym np. spod Wawelu. Co ważne, budowa stopnia Niepołomice spowoduje też podniesienie poziomu wód gruntowych, a w konsekwencji – podniesienie lustra wody w zbiornikach Przylasku, które w takim przypadku mogą się samoistnie połączyć w jeden akwen. Na razie miasto nie bierze pod uwagę tego czynnika, a szkoda, bo ma on fundamentalne znaczenie dla przyszłości akwenów.

Zapomniane Brzegi

Światowe Dni Młodzieży i wizyta papieża rzuciły nowe światło na zapomniane przez świat tereny w rejonie Brzegów, gdzie również znajdują się żwirowiska. Na razie trwa tam wydobycie, a już dziś tamtejsze stawy są większe, niż zbiorniki na Przylasku. W związku z tym nasuwa się logiczne pytanie: co dalej z tym terenem, jak zagospodarować stawy na Brzegach, gdy zostanie już zakończona eksploatacja.

Jednym z pomysłów, który jeszcze w 2009 roku zgłaszał ówczesny prezes Krakowskich Zakładów Eksploatacji Kruszywa, było takie poprowadzenie wydobycia, by w efekcie na Brzegach powstało nie kilkanaście, ale dwa duże jeziora (jedno na krakowskim, a drugie na wielickim brzegu rzeki Drwiny). Prezes próbował zainteresować tą koncepcją miasto, jednak bezskutecznie. Również dziś urzędnicy nie mają pomysłu na to miejsce, a szkoda, bo ma ono ogromny potencjał

Tymczasem jeśli nie Przylasek, to właśnie Brzegi mają szansę stać się akwenem na miarę dąbrowskich zbiorników Pogoria III i IV. Ich zaletą jest to, że wciąż trwa tam wydobycie (jeszcze kilka lat) i dlatego można przy współpracy z kopalnią tak nim pokierować, by w efekcie powstało jezioro o zadanych przez nas parametrach.

Osobną kwestią jest Zakrzówek, który po wielu latach sporów ma zostać w końcu wykupiony przez miasto i zagospodarowany. W tym przypadku w grę wchodzi jednak tylko utworzenie kąpieliska, gdyż akwen z oczywistych względów nie nadaje się dla uprawiania żeglarstwa i windsurfingu.

Jakub Łoginow

Artykuł opublikowany w Miesięczniku „Kraków”, nr 9/2016