/Cztery dni na Majdanie

Cztery dni na Majdanie

Polskie media sporo piszą o aktualnej sytuacji na Ukrainie. Postaram się dodać do tego swój głos, pisząc jednak nie o wielkich sprawach i wyborach geopolitycznych, ale o tym co myślą i jak zachowują się ludzie stojący na ukraińskich placach.




Swoją obserwację Euromajdanów rozpocząłem od czwartkowego (28.11) Lwowa. Na Prospekcie Swobody było tłumnie i spokojnie. Zgromadzili się tam głównie studenci i uczniowie szkół średnich. Obecna tam młodzież prezentowała swoje poparcie kursu europejskiego, jednak atmosfera była zbliżona bardziej do festiwalowej, przez co niektórzy podśmiewali się, nazywając tamte protesty dyskoteką. We Lwowie milicja była „z narodem” (a nie jak później w Kijowie „z urodem”), więc nie było czuć na szczęście żadnego zagrożenia. Centrum wydarzeń było gdzie indziej, dlatego też ruszyliśmy do Kijowa.

Rano 29 listopada obserwowaliśmy już Majdan Niezależności powoli wypełniający się ludźmi i reagujący na fiasko wileńskiego szczytu. Z bliska widzieliśmy też działanie społecznego ruchu, który kijowskie protesty inicjował. Widać było jego skuteczność w przyciąganiu ludzi. Jednak w tym, w czym tkwiła ich siła – demokratyczności i łączeniu różnych środowisk – tkwiła i słabość. Obrady na temat „co robić dalej” trwały od południa (kiedy już na 100% było pewne, że umowa stowarzyszeniowa nie będzie podpisana) do godziny 19-tej. Demokratyzacja sięgnęła tego stopnia, że zaproponowano zgromadzonym ludziom, by przekazywali na kartkach swoje opinie i propozycje, co do dalszych działań. Jednak na liderów ruchu studenckiego reagowano wśród ludzi z dużym szacunkiem i bez krytycyzmu, z którym spotykali się opozycyjni politycy. Z ich wystąpień lekko się podśmiewywano, niekiedy im dokuczano, czasem przerywano okrzykami. Polityków na Majdanie tolerowano, jako osoby, które mogą wykonać ważne zadania, jednak, nie można powiedzieć, że im wierzono. Ich wspólne, razem ze przedstawicielami ruchu obywatelskiego przyjęto i ludzie w spokojnej atmosferze, albo trzymali wartę na placu, albo poszli odpoczywać do domu.

Janukovich we are f***ing angry

Dopiero rankiem wszystkich obudziła tragiczna wiadomość, która z początku wydawała się żartem, pomyłką lub snem. Młodzi, pokojowo nastawieni studenci, których żegnaliśmy w nocy bez żadnych obaw, zostali nocą zaatakowani i brutalnie usunięci z Majdanu przez specjalne oddziały Berkutu. Ci, którym udało się uciec schowali się na terenie Mychajływskiego Soboru (wszystkim nasuwało się jedno skojarzenie – średniowiecze, napady tatarskie i ostatnie schronienie w monasterze). Wokół tego miejsca zaczęli gromadzić się pozostali. Po pewnym czasie było już ich kilkanaście tysięcy.

Atmosfera zmieniła się całkowicie. Ludzie nie przyszli już wyrażać tylko swojego protestu wobec decyzji politycznych. Panował prawdziwy gniew, wyjątkowe oburzenie wobec brutalnego ataku na niewinną młodzież. Ze łzami w oczach, z zaciśniętymi zębami, domagano się usunięcia władzy. Cały plac kipiał od energii, jeżdżące wokół samochody trąbiły na pół Kijowa. Ludzie, których poznaliśmy, przyszli z napisem wyrażającym emocje zgromadzonych ludzi: „Janukovich we are f***ing angry”. Na terenie monasteru błyskawicznie odbudowano majdanową samopomoc. Można było się tam pożywić, napić ciepłych napojów, zapytać o nocleg, który oferowano nawet w samej świątyni. Demonstranci przetrwali kryzysowy moment i postanowili zebrać się ponownie, kolejnego dnia w południe.

„Jołka” z narodem

W niedzielę (1.12) w rocznicę potwierdzenia niepodległości Ukrainy w 1991 roku wielka kolumna protestujących wyruszyła spod kijowskiego uniwersytetu, żeby odbić Majdan Niezależności, miejsce bezsprzecznie wiele znaczące dla tych, którzy chcą zmieniać ten kraj. Ciężko ocenić, szczególnie z wnętrza tego tłumu, ilość zgromadzonych osób. Nie było widać ani początku, ani końca morza ludzi. Z Majdanu wycofano na szczęście milicję i wojska, które wcześniej pilnowały słynnej już w narodzie choinki (tzw. jołki) użytej przez władzę jako wytłumaczenia powodu brutalnych akcji (twierdzono, że protestujący przeszkadzają w przygotowaniach Majdanu do świąt i postawieniu choinki i lodowiska). Najdzielniejsi z protestujących po wejściu na opuszczony przez siły „porządkowe” plac zaczęli wdrapywać się na konstrukcję choinki i po swojemu ją ozdabiać – wieszając tam flagi i transparenty. Jołka została przejęta przez naród.

Welcome in the free Kyiv

Majdan też był już cały opanowany przez demonstrantów, tak jak budynek związków zawodowych i kijowskiej miejskiej rady. Jednak nie można powiedzieć, że sytuacja wróciła do stanu poprzedniego. Na Majdanie stali już inni ludzie. Wszyscy chcieli uniknąć powtórki sytuacji i nie chcieli się dać ponownie zaskoczyć przez Berkut. Wieczorem zaczęto budować prawdziwe umocnienia z barier pozostawionych przez milicję, drewnianych konstrukcji lodowiska, a także i z elementów słynnej już jołki. W tym momencie ogrodzony barykadami Majdan stał się prawdziwą, wydzieloną wolną strefą. Jeszcze bardziej nasilił się klimat wzajemnego wsparcia i wspólnotowości. Ludzie pomagali sobie jak mogli, nosili sobie jedzenie i napoje. W nocy tańczono do muzyki ze sceny, jednak już nie tyle dla zabawy, a dla rozgrzania się (choć temperatura sprzyjała – było +4 st.), podtrzymania się na duchu i odreagowania stresu. Do rangi rytuału urosło cogodzinne odśpiewywanie hymnu inicjowane przez piosenkarkę Rusłanę (prawdziwa bohaterka Majdanu, sprawia wrażenie, że jest kilka razy mądrzejsza i rozsądniejsza od połowy polityków). Między ludźmi widać było determinację, nie odczuwało się strachu.

Bez puenty

Artykułu podsumowywać nie będę. Nasz pobyt w Kijowie musiał się niestety zakończyć, choć żal było pozostawiać znajomych. Co będzie dalej, nie podejmuję się przewidywać. Wszystko bowiem zmienia się na tyle dynamicznie, że nawet z tak patowej sytuacji być może znajdzie się wyjście.

Maciej Piotrowski

środa, 04 grudnia 2013