/Relacja z Euromajdanu w Kijowie

Relacja z Euromajdanu w Kijowie

Ukraina to prawdopodobnie pierwszy kraj na świecie, w którym również skrajni nacjonaliści wychodzą na ulice z flagami Unii Europejskiej. I bynajmniej nie po to żeby je palić, ale wręcz przeciwnie. Kijowski Majdan zjednoczył tak różne środowiska, jak neobanderowcy i zwolennicy konserwatywnych wartości z jednej strony oraz lewicująca inteligencja oraz mniejszości narodowe i seksualne z drugiej. A wszystko to nawet nie tyle z miłości do UE, ale bardziej z nienawiści do putinowskiej Rosji, która próbuje ponownie uzależnić od siebie Ukrainę.




Nawet Łukaszenka jest za Ukrainą w Europie. Ale sami Białorusini zobojętnieli

W Kijowie tym razem byłem krótko, zaledwie pół dnia w drodze powrotnej z Mińska do Krakowa. Po co wracać z Białorusi do Polski okrężną drogą przez Ukrainę – to już temat na oddzielną dyskusję. W każdym razie po negatywnych doświadczeniach z polsko-białoruskiej granicy wolę jeździć właśnie w ten sposób. Przynajmniej białoruscy pogranicznicy i celnicy nie zadają tam głupich pytań, nie trzepią bagażu i nie traktują każdego „nietypowego” podróżnego jak potencjalnego zagrożenia dla państwa, tak jak to mnie spotkało swego czasu w Kuźnicy Białostockiej.

Z oddali pewne sprawy widać lepiej, więc na początek kilka słów o samej Białorusi i jej stosunku do ukraińskiej eurointegracji. Pamiętam ten kraj z lat 2003-2005, kiedy zwłaszcza wśród młodych ludzi bardzo silne były nastroje opozycyjne i chęć do jakiegokolwiek wyrażenia protestów, choćby tylko symbolicznego. Wiadomo, na Białorusi wychodzenie na ulicę z biało-czerwono-białą flagą może się skończyć tragicznie, tam nie ma tak dobrze jak w Kijowie czy tym bardziej Lwowie, gdzie sama milicja tak naprawdę jest po stronie protestujących. Dlatego gdy tylko w tych latach nadarzała się okazja, młodzi Białorusini jeździli do Kijowa ze swoimi niepodległościowymi flagami wesprzeć Pomarańczową Rewolucję czy wcześniejsze protesty przeciw Kuczmie. Przy czym takie osoby były często wyłapywane na granicy i zawracane do Mińska. Dziś jest inaczej, do Kijowa pojechały tylko jednostki, chociaż na Majdanie białoruska flaga się znalazła i dumnie powiewała wśród tych ukraińskich i unijnych.

Białorusini oczywiście śledzą w Internecie to co odbywa się u południowych sąsiadów i kibicują Ukraińcom (dodając, że oni też chcieliby do Europy), co więcej – nawet państwowe białoruskie media bardzo obiektywnie informują o Euromajdanie, co jest zresztą zgodne z kursem oficjalnego Mińska. Inaczej niż w 2004 roku, tym razem białoruskie władze dość przychylnie odnoszą się do europejskich aspiracji Ukrainy. Gdyby doszło do zawarcia umowy stowarzyszeniowej Kijowa z Unią, pozycja Białorusi w rozmowach z Putinem znacznie by wzrosła, stąd też poparcie, jakie Łukaszenka wyraził latem Janukowyczowi podczas wojen handlowych Rosji przeciwko Ukrainie – ale o tym szerzej napiszemy innym razem.

To już nie to samo co w 2004 roku

„Rewolucyjny” Kijów 28 listopada 2013 roku ani trochę nie przypominał tego sprzed dziewięciu lat. Skala protestów nieporównywalnie mniejsza, chociaż atmosfera na samym Majdanie podobna. Główna różnica polega na tym, że podczas Pomarańczowej Rewolucji bojowy nastrój był odczuwalny w całym mieście, również na dworcu czy w peryferyjnych dzielnicach. Przez dworzec kolejowy przetaczały się kolumny ubranych na pomarańczowo ludzi, którzy albo przyjeżdżali do stolicy, albo wracali do domu po kilku dniach udziału w rewolucji. Z drugiej strony, przechodząc przez miasto można było się wtedy natknąć na groźnie wyglądające grupy „donieckich” z biało-niebieskimi flagami, zwożonych tu przez ekipę Kuczmy-Janukowycza na przeciwwagę „pomarańczowych”. W każdym zakątku miasta odczuwało się jednak, że coś się dzieje: Kijów pracował na pół gwizdka, ludzie szli na kilka godzin do pracy, a stamtąd na Majdan.

Tym razem jednak jest inaczej: niezorientowany turysta przebywający z dala od głównego placu stolicy nawet nie zauważy, że coś się nadzwyczajnego dzieje. Może poza tym, że w metrze czy na dworcu jest dużo więcej niż zazwyczaj młodych ludzi z plecakami turystycznymi i nie rzucającymi się w oczy wstążkami w formie ukraińskiej i unijnej flagi. Mimo wszystko symbolika obecnej rewolucji (flagi narodowe i unijne, przy czym tych pierwszych jest zdecydowanie więcej) nie jest tak rozpoznawalna, jak symbolika pierwszego Majdanu z 2004 roku. Może to po prostu kwestia mniejszej ilości protestujących, może subiektywne odczucie, ale mimo wszystko odniosłem wrażenie, że jaskrawy pomarańczowy kolor o wiele bardziej rzucał się w oczy i robił większe wrażenie, niż oficjalne flagi Ukrainy i UE.

Milicja z narodem

Im bliżej do Majdanu, tym bardziej widać, że coś się jednak odbywa. Zwracają uwagę przede wszystkim szczelnie ochraniane budynki rządowe i duża ilość milicji, która jednak sprawia wrażenie, że sama popiera żądania Euromajdanu. A jeśli nie w pełni popiera, to przynajmniej rozumie i nie jest nastawiona negatywnie do protestujących studentów i emerytów. Co zresztą nie dziwi, jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że przez ostatnie trzy lata rządów Janukowycza, oficjalna retoryka władzy (inna sprawa, na ile szczera) polegała właśnie na dążeniu do integracji z Europą. A i obecnie Janukowycz oficjalnie mówi o kontynuacji europejskiego kursu i jedynie „technicznej” przerwie, spowodowanej rosyjskim szantażem. Dlatego mamy tu po raz kolejny zupełnie odmienną sytuację od tej z 2004 roku – dużo mniej konfliktową. O ile wtedy celem Majdanu była zmiana władzy, to teraz przynajmniej w dniu 28 listopada Euromajdan po prostu żądał od Janukowycza podpisania umowy i wykonania tego, co sam obiecał, dając mu szansę na pozostanie przy władzy i wyjście z twarzą z tej sytuacji.

Pod budynkiem Gabinetu Ministrów (rządu) byłem świadkiem ciekawej sytuacji. Z jednej strony – grupka demonstrantów, może 20-30 osób, którzy wyraźnie chcieliby zorganizować tu blokadę budynku rządu jak w 2004 roku, ale jest ich zdecydowanie za mało. Przy czym jedni przychodzą i dołączają się do protestujących, inni widząc bezperspektywność blokady rezygnują, idą na Majdan albo na spacer po okolicy, by po jakimś czasie tu wrócić.

Jakieś dwie trzecie spośród zebranych to młodzi ludzie, od 15 do 25 lat, reszta to osoby po 60-tce. Ten specyficzny przekrój wiekowy też rzucił mi się w oczy na Euromajdanie – na ulice wyszli głównie studenci i emeryci, jedni by walczyć o swoją przyszłość, a drudzy dlatego, że przeżyli komunizm, wiedzą jakie „dobrodziejstwa” Ukraina zaznała od Rosjan i chcą podzielić się tym doświadczeniem z młodymi. A średnie pokolenie po prostu w ciągu dnia pracuje i inaczej niż w 2004 roku, nie zrywa się z roboty na Majdan, ewentualnie ludzie idą tam na godzinkę-dwie po pracy – a i to sporadycznie.

Z drugiej strony barykady – milicja chroniąca budynek rządu. Ale zamiast konfrontacji – autentyczny dialog między jedną a drugą stroną. Uczestnicy Majdanu rozmawiają z funkcjonariuszami, przekonują ich do swoich racji, do tego by wsparli europejski wybór, milicjanci chętnie podejmują dyskusję, zero agresji. Po ludzku widać, że jednym i drugim jest zimno, a milicjanci sami przyznają się, że płacą im tylko 3000 hrywien i też chcieliby lepszej przyszłości dla siebie i swoich rodzin. Chociaż w odróżnieniu od studentów niekoniecznie wierzą w to, że Unia im tę lepszą przyszłość zapewni. „Poparzcie na Grecję, jak oni wyszli na tej całej Unii” – mówi jeden z nich. „Tak co Grecja, po pierwsze i tak Grecy żyją lepiej od nas, chociaż oczywiście w porównaniu z Niemcami mogą się czuć jak biedacy. A po drugie, kryzys w Grecji jest nie przez Unię, a po prostu tym leniom się nie chce pracować. Zresztą u nas podobnie, po cholerę aż tydzień wolnego po Nowym Roku, oczywiście naród się cieszy z długich ferii, ale jeśli będziemy tylko świętować zamiast wziąć się do pracy jak Niemcy, to nigdy nie zbudujemy dobrobytu” – odpowiedział milicjantowi jeden z obecnych tam emerytów.

Rozmowa schodzi na nieszczerość ukraińskich władz, którym zależy tylko na własnym interesie, a nie na dobru kraju. „Wy ich tu ochraniacie przed narodem, a popatrzcie jak oni nasz naród traktują, zastanówcie się, czy warto ich bronić jeśli dojdzie do konfrontacji” – mówi jeden ze studentów. Milicjant nieoczekiwanie odpowiada: tak, ja wiem że oni tam rozkradają kraj, to żadna tajemnica, a my po prostu wykonujemy swoją pracę. Musimy ochraniać porządek, no sami zastanówcie się – wy grupa studentów wtargnęlibyście do budynku rządu, załóżmy że byśmy wam na to pozwolili, i co by to dało?”. Ta nieoczekiwana deklaracja wzbudza aplauz wśród studentów: „może trzeba włączyć dyktafon i to nagrać”? „A co tu sensacyjnego, przecież wiadomo jak jest, my się nie boimy mówić o tym otwartym tekstem, bo i po co udawać że jest inaczej?” I przekonują młodych demonstrantów, by niezależnie od wszystkiego zachować spokój i nie poddawać się prowokacjom, bo konfrontacja siłowa w niczym by nie pomogła, wręcz przeciwnie.

Co także warte uwagi: ta dyskusja narodu z milicją odbywa się po ukraińsku, chociaż widać, że prawie połowa jej uczestników jest tak naprawdę rosyjskojęzyczna. I tak jest na całym Euromajdanie. W tym przypadku mamy wyraźną analogię z Majdanem-2004 – zarówno teraz, jak i wtedy, rosyjskojęzyczni sami z własnej inicjatywy przechodzili na język Szewczenki, bo wewnętrznie czuli, że tak trzeba. Mimo wszystko trochę trudno jest wykrzykiwać antyrosyjskie hasła i oskarżać Putina o niszczenie Ukrainy i jej kultury, rozmawiając równocześnie „na mowie okupantów”.

Krymscy Tatarzy i pan Zenyk ze Stryja

Na samym Majdanie Niezależności 28 listopada w środku dnia było kilka tysięcy osób, mnóstwo flag i pozytywna atmosfera. Ze sceny grała muzyka, przerywana co chwilę wystąpieniami moderatora, który zapraszał do mikrofonu kolejnych uczestników – zwykłych ludzi, którzy w kilku słowach powiedzieli skąd i dlaczego tu przyjechali. I tu znów nic nowego w porównaniu z 2004 rokiem. Gdy na scenę wyszedł młody student ze Lwowa ze słowami „Lwów pozdrawia Kijów! Lwów i Kijów razem! Nasze miasta są i będą razem i dlatego wygramy”, a następnie spytał, kto jest ze Lwowa, okazało się, że prawie połowa zebranych. Później do narodu przemawiał pan Zenyk ze Stryja, który zaśpiewał piosenkę o Putinie i Moskalach, wystąpił stary banderowiec namawiający do integracji z Europą (!), a po nim starsza pani ze wschodu kraju tłumaczyła, jakie „korzyści” Ukraińcy uzyskali w przeszłości od integracji z Rosją: Wielki Głód, zsyłki na Syberię, komunizm, łagry i rusyfikację. „Uwierzcie mi, ja już swoje przeżyłam i powiem wam, że od Rosji trzeba się trzymać z daleka. Jeśli Janukowycz nie podpisze umowy z Unią i odda naszą ojczyznę Putinowi, to będzie narodowa tragedia, drugi ZSRR. Przyjechałam tu ze wschodniej Ukrainy i tam dopiero widać, do czego prowadzi przyjaźń z Rosjanami. Ten naród jest po prostu niereformowalny, nie rozumiem dlaczego zwykli Rosjanie popierają Putina i nie protestują przeciwko temu, co on robi z nimi i z nami. Przecież co by im szkodziło, gdyby Ukraina stała się normalnym europejskim krajem – ale nie, oni nadal myślą imperialnymi kategoriami” – przekonywała.

Ogromny aplauz Euromajdanu wzbudziła obecność dość sporej delegacji krymskich Tatarów ze swoimi flagami narodowymi (na zdjęciu). Nie ma tu nic niezrozumiałego – od dawna wiadomo, że jeżeli są jakieś zakusy by podporządkować Krym czy w ogóle Ukrainę Rosji, to pierwszą grupą, która odważy się walczyć (nawet z bronią w ręku) będą właśnie Tatarzy. Naród krymskotatarski był jednym z największych ofiar zbrodni stalinowskich, jego przedstawiciele zostali po wojnie niemal w całości wysiedleni z Krymu na Syberię i do Kazachstanu i powrócili do ojczyzny dopiero w czasach niepodległej Ukrainy. Oprócz Tatarów na Majdanie można było spotkać jeszcze kilkanaście osób z Krymu, domagających się europejskiej przyszłości – głównie starszych ludzi (studentów stamtąd nie puszczali, grożąc wyrzuceniem z uczelni, a emerytom nikt niczego już nie zabroni).

W tym samym czasie w kijowskich uczelniach młodzi ludzie organizowali studencki strajk i przyłączali się do pochodu, zmierzającego przez miasto. Studentów do udziału w strajku zagrzewała znana śpiewaczka Rusłana, która co kilkanaście minut łączyła się przez telefon z Majdanem. Kolumna obchodziła po kolei większość stołecznych uczelni, w tym Politechnikę, Uniwersytet Medyczny i Uniwersytet Ekonomiczny. Jak informował moderator Euromajdanu, w kilku przypadkach dziekani robili problemy i nie puszczali studentów na strajk, nawet zabarykadowali ich wewnątrz uniwersytetu, ale Rusłanie wraz z grupą młodych ludzi udało się wydostać z pułapki, przeskoczyć przez zamkniętą bramę i kontynuować udział w pochodzie. Równocześnie do Kijowa wciąż przybywała młodzież z Zachodniej Ukrainy, gdzie lokalne władze (w tym mer Lwowa Andrij Sadowyj) same zwróciły się z apelem o wzięcie udziału w demonstracjach. „Kijowianie, trzymajcie się! Mam dla was dobrą wiadomość – właśnie przywieźliśmy wam ze Lwowa tysiąc nowych demonstrantów, a będzie jeszcze więcej. Razem zwyciężymy!” – przemawiał ze sceny jeden z liderów studenckiego strajku lwowskich uczelni.

Na Majdanie sprawa się nie kończy. Polska może pomóc, ale nie chce

Piszę tę relację na gorąco, jadąc nocnym pociągiem Kijów-Lwów, po kilkunastu godzinach w podróży i dniu spędzonym na mroźnych kijowskich ulicach. Stąd też z góry przepraszam za niedociągnięcia stylistyczne, ale też za nieznajomość ważnych faktów, które Czytelnikom będą znane w momencie publikacji tego tekstu.

W tej chwili nie wiem jeszcze, czym zakończy się szczyt w Wilnie i jakie decyzje zostaną tam podjęte. A sytuacja może zmieniać się jak w kalejdoskopie. Ale już teraz chciałbym przedstawić na gorąco kilka refleksji do wykorzystania na przyszłość.

Pamiętam Ukrainę z 2003 roku, spędziłem prawie dwa tygodnie na Majdanie w 2004, a do tego ostatnie półtora miesiąca mieszkałem w Mińsku na Białorusi. Z tej perspektywy jestem w stanie ocenić, jak bardzo w ciągu ostatnich dziesięciu lat Ukraina się zmieniła na plus i jak wielka przepaść jest obecnie między Ukrainą a Białorusią, na korzyść tej pierwszej. Mówię tu nawet nie tyle o gospodarce i poziomie zarobków, co o mentalności społeczeństwa, o jego „europejskim” (w sensie zachodnim) charakterze.

Ukraina jeszcze nie tak dawno była, co tu dużo mówić, biednym i zapyziałym państwem posowieckim. Dziś jest to już w miarę normalny kraj europejski, przynajmniej tak można powiedzieć o Lwowie, Kijowie, Łucku czy Czernihowie. Uwierzcie mi – jeśli ktoś ma wątpliwości w tej kwestii, niech pojedzie na miesiąc na Białoruś i stamtąd wybierze się na Ukrainę. W 2003 roku podczas takiej podróży wrażenia były odwrotne – Białoruś była politycznie wiadomo jaka, ale przynajmniej względnie zamożna, czysta, z dobrą infrastrukturą, a na Ukrainie był przysłowiowy „syf”. Dziś jest odwrotnie, nie mówiąc już o cenach i zarobkach (tych rzeczywistych, a nie oficjalnych, które nie oddają rzeczywistości).

Do czego zmierzam? Skoro w ciągu ostatnich dziesięciu lat Ukraina zmieniła się na plus nie do poznania mimo tego, że nie podpisano żadnych znaczących umów z UE, to nie należy popadać w pesymizm co do dalszego jej rozwoju, a zwłaszcza transformacji społeczeństwa. Tak czy inaczej Ukraina dalej będzie się cywilizować, rozwijać i integrować ze światem (np. przez utworzenie wspólnego rynku lotniczego z UE i wejście tanich linii lotniczych), podobnie zresztą jak Rosja czy Azerbejdżan. A Polska jako największy zachodni sąsiad Ukrainy może jej w tym procesie albo pomóc, albo, tak jak to niestety jest obecnie, rzucać kłody pod nogi np. w postaci wciąż nie rozwiązanego skandalu wizowego.

Polska oczywiście wspiera Ukrainę na poziomie deklaracji, ale już niekoniecznie w praktyce. Pisaliśmy o tym TUTAJ i TUTAJ. Tak więc drodzy publicyści i politycy – zamiast lamentować, skoncentrujmy się na konkretnych sprawach, jak wydawanie wiz pięcioletnich a nie tylko rocznych, ucywilizowanie granicy czy wpuszczenie ukraińskich eksporterów na polski rynek, by w ten sposób pomóc im uniezależnić się od rosyjskich szantaży. Bo Majdan to oczywiście piękna rzecz i każdemu młodemu człowiekowi życzę, by mógł coś takiego przeżyć. Ale Majdan prędzej czy później się skończy – z pozytywnym lub negatywnym skutkiem. A konkretne problemy do załatwienia na szlaku Ukrainy do Europy, jak choćby ucywilizowanie przejść granicznych, pozostaną nawet po podpisaniu umowy stowarzyszeniowej – i nikt ich za nas nie rozwiąże.

Jakub Łoginow

piątek, 29 listopada 2013