Mamy nierosyjski gaz, jesteśmy zależni od rosyjskiej ropy. Konieczna pilna odbudowa PKS i kolei aby nie finansować Putina

Rezygnacja z samochodu na rzecz transportu publicznego oraz pilna odbudowa komunikacji PKS na naprawdę dużą skalę to dziś jedyna szansa na rezygnację z zakupów rosyjskiej ropy. Mało kto wie, że Polska może choćby i dziś zrezygnować z rosyjskiego gazu, bo rosyjskie dostawy to tylko 40%, a gaz można łatwo zastąpić węglem i elektrycznością. Jesteśmy jednak aż w 67,5% zależni od rosyjskiej ropy i niestety nie pomogą tu dostawy z innych źródeł. Jedyna szansa to radykalne i masowe przestawienie się Polski z zależności od samochodu na komunikację publiczną, którą najpierw trzeba stworzyć, zwłaszcza w relacjach regionalnych (PKS) i transgranicznych, bo tam jej najbardziej brakuje. Transport publiczny to teraz polska racja stanu, kwestia bezpieczeństwa Polski i Ukrainy oraz szansa na uratowanie życia wielu osób dzięki nie kupowaniu ropy od Putina.




Dlaczego zależność od rosyjskiego gazu to nie problem, a z ropą jest gorzej?

Pojawiające się często deklaracje, iż w ramach solidarności z Ukrainą ograniczamy ogrzewanie (gazowe) o kilka stopni to bardzo cenny odruch serca, ale tak naprawdę pomóc może nie korzystanie z samochodu jeżeli nie jest to absolutnie konieczne. Wbrew pozorom zależność Polski od rosyjskiego gazu wynosi jedynie 40%. Dlaczego tak mało i dlaczego gaz to nie taki problem, jak samochody?

Mało kto wie, że Polska (podobnie jak Ukraina) ma olbrzymie źródła własnego gazu, które pokrywają aż 20% zapotrzebowania. Stale rozpoznawane są nowe złoża, więc ten gaz nie jest na wykończeniu. Nowe złoża gazu są rozpoznawane również na Zachodniej Ukrainie, koncesje posiada m.in. słowacka firma Nafta. Ponadto, po rosyjsko-ukraińskich wojnach gazowych z 2009 roku Unia Europejska odrobiła lekcję i stworzyła całkiem niezły system gazociągów, interkonektorów, gazoportów i magazynów gazu, który pozwala na łatwą dostawę gazu pomiędzy państwami członkowskimi i stowarzyszonymi również rewersem, co wcześniej nie zawsze było możliwe. Więcej na ten temat można przeczytać w rozdziałach dot. energetyki i transportu w książce „Nieznany sąsiad. Podręcznik współpracy polsko-słowackiej„, którą niezmiennie polecam.

Ważną różnicą między gazem a ropą jest też to, że gaz jest w miarę uniwersalny, można go mieszać (gaz pochodzący z różnych kierunków), różni się m.in. wartością opałową i poziomem zanieczyszczeń, ale to nie jest zasadniczy problem. Gaz jest bowiem wykorzystywany głównie do spalania w celach grzewczych, rzadziej jako substrat w przemyśle. Zupełnie inaczej jest z ropą, która nie jest spalana, ale przetwarzana w rafineriach na produkty ropopochodne (benzynę, olej napędowy, smary, asfalt). Ropa pochodząca z różnych kierunków ma skrajnie odmienne właściwości, inna jest ropa rosyjska, inne parametry ma ropa z krajów arabskich, inne z Wenezueli. Tymczasem rafinerie i proces technologiczny są przystosowane pod określony tym ropy, np. przez wiele lat polskie rafinerie w Gdańsku i Płocku były przystosowane do ropy rosyjskiej. Nie oznacza to, że nie da się zmienić procesów technologicznych i takie działania w dużej mierze już zrobiono, np. jednym z głównych osiągnięć prezesa Lotosu Pawła Olechnowicza była modernizacja Rafinerii Gdańskiej celem zwiększenia mocy przerobowych i dostosowania zakładu do ropy z innych, nierosyjskich kierunków. Obecnie polskie rafinerie należące do Orlenu i Lotosu są w dużej mierze przystosowane technologicznie do przerobu nierosyjskiej ropy, ale nie oznacza to, że są przystosowane w pełni. Wszystko jest do zrobienia, ale o ile nagłe odcięcie nas od rosyjskiego gazu nie będzie dla nas dużym problemem, to z ropą jest inaczej – na razie jedynym skutecznym sposobem jest po prostu ograniczanie spożycia benzyny i oleju napędowego poprzez rezygnację gdzie się tylko da z samochodu, o czym za chwilę.

Gaz można zastąpić węglem, drewnem, OZE i prądem, ropy nie zastąpimy, ale możemy z niej (z samochodu) zrezygnować

Gaz ma zupełnie inne zastosowanie niż ropa, oprócz zastosowania w przemyśle (głównie chemicznym) gaz jest ważnym źródłem ogrzewania w gospodarstwach domowych. To bardzo ważna różnica – zauważmy, że gaz palimy w kuchenkach, piecykach i kotłowniach gazowych aby się ogrzać (i ugotować obiad), ale przecież nikt w tym celu nie używa do celów grzewczych surowej ropy ani nie ogrzewa się benzyną.

Ogrzewanie gazowe ma sporo zalet w porównaniu ze spalaniem węgla i drewna, gdyż nie powoduje smogu. Stąd też w ramach walki ze smogiem w ostatnich latach bardzo często zastępowano piece węglowe piecami na gaz. Ten proces działa jednak w obie strony, bardzo łatwo jest zamienić ogrzewanie gazowe spalaniem węgla, biomasy lub odpadów w profesjonalnych spalarniach. Absolutnie nie chodzi tu o powrót do „kopciuchów”, ale raczej do odłączania się od sieci gazowej i podłączania do miejskich sieci ciepłowniczych, które wciąż niestety oparte są o węgiel. Przypomnijmy też o sukcesie polskich ekospalarni, czego przykładem jest nowoczesna spalarnia odpadów w Krakowie. Wciąż ma ona potencjał dla przyjmowania odpadów również spoza miasta, z całej Małopolski i przetwarzania ich na ciepło – tych odpadów, które dziś w dużej mierze trafiają na wysypiska. Pomijam tu kwestie uciążliwości transportu tych odpadów – można ją zmniejszyć, przestawiając się na ich transport koleją, z wykorzystaniem sieci kolejowej sąsiedniego Kombinatu (tak są dostarczane odpady do spalarni w centrum Wiednia). Nowe spalarnie powstają również w innych miastach, m.in. w Gdańsku.

Jeszcze większy potencjał ma rozwój energetyki rozproszonej opartej o OZE. Konieczność rezygnacji z rosyjskiego gazu przy równoczesnych wciąż aktualnych wyzwaniach klimatycznych może i powinno być impulsem do gwałtownego rozwoju energetyki wiatrowej, fotowoltaiki, pomp ciepła czy lokalnie (np. na Podhalu) energetyki geotermalnej. To wszystko już się dzieje, wystarczy te procesy po prostu wesprzeć, zintensyfikować i przyspieszyć.

O ile jednak stosunkowo łatwo jest wykorzystać OZE do celów grzewczych, to droga do zastąpienia samochodów na ropę samochodami na OZE jest bardzo daleka. Można to zrobić na dwa sposoby – poprzez paliwo wodorowe produkowane z wody przy użyciu prądu z energetyki odnawialnej albo poprzez samochody elektryczne. Te drugie to wbrew pozorom jeszcze większa pułapka geostrategiczna, niż samochody na ropę czy gaz. Nie rozpisując się, warto poczytać fachowe analizy o problemach z akumulatorami, ich utylizacją oraz konieczności pozyskania ogromnych ilości metali ziem rzadkich (m. in. litu), które podobnie jak ropa i gaz są wydobywane w państwach bandyckich i o szemranej reputacji.

Oczywiście transformacja samochodów z zasilania węglowodorami do napędu w pełni ekologicznego i pozbawionego wad typowych dla elektryków w przyszłości nastąpi, ale jest to raczej perspektywa 20-30 lat. Na razie mamy jedynie prototypy, a my potrzebujemy zrezygnować z rosyjskiej ropy tu i teraz, a nie za dekadę.

Stosunkowo łatwo da się natomiast wprowadzić ekologiczne technologie w transporcie publicznym, ze względu na efekt skali (jeden akumulator na pojazd przewożący 40 pasażerów a nie 40 akumulatorów w samochodach, cała flota pojazdów, wsparcie unijne). Przykładem jest Gdynia z jej flotą trolejbusów, które potrafią przejechać jakiś odcinek na baterii, po odłączeniu się od sieci trakcyjnej. W przypadku elektrobusów, autobusów i tramwajów o wiele łatwiej jest także zasilać je prądem wyprodukowanym z OZE (np. krakowskie tramwaje są zasilane prądem wytworzonym w spalarni odpadów, stacje ładowania miejskich elektrobusów są często zasilane prądem z ustawionych specjalnie w tym celu paneli fotowoltaicznych). W przypadku indywidualnych samochodów elektrycznych w dużo większym stopniu są one zasilane „brudnym” prądem wytwarzanym z węgla, a w dużej mierze jest to niestety węgiel rosyjski.

Rezygnacja z samochodu – rozwiązanie na już

Jeżeli zatem chcemy realnie uderzyć w Putina i pomóc Ukrainie, powinniśmy w miarę możliwości zrezygnować z samochodu na rzecz komunikacji publicznej. Warto też poruszać się za pomocą własnych mięśni – i to nie tylko pieszo lub rowerem. Idzie wiosna, idealny czas do jazdy rekreacyjnej na rolkach – polecam połączenie tej fajnej aktywności sportowej z codziennymi dojazdami do pracy, szkoły na uczelnię (tak samo można wykorzystać deskorolkę typu fiszka lub longboard). To oczywiście rozwiązanie niszowe, taka bardziej ciekawostka niemożliwa do zastosowania masowego, ale osobiście tak się często przemieszczam, polecam, głównie ze względu na frajdę jaką daje jazda na rolkach oraz korzyści zdrowotne i kondycyjne (a że przy okazji można też zrobić coś dobrego traktując rolki lub deskorolkę jako normalny transport – to tylko lepiej).

Musimy jednak mieć świadomość, że co najmniej połowa polskich kierowców nie jeździ samochodem dlatego że lubi, ale dlatego, że musi. Skala wykluczenia transportowego w Polsce jest niewyobrażalna. Krytykujemy Niemcy za ich pobłażliwość wobec Rosji, ale Niemcy stworzyły kompletny system transportu publicznego, w Niemczech, Słowacji, Austrii i Czechach lokalne autobusy dojeżdżają do każdej wioski. Polska jest ewenementem, nie ma w tej części Europy drugiego takiego kraju, który tak jak my zniszczył całkiem nieźle działający system PKS-ów (lub ich zagranicznych odpowiedników, generalnie – regionalnego transportu autobusowego).

Mówiąc w skrócie: tam gdzie komunikacja publiczna istnieje, a więc w dużych miastach oraz w połączeniach między nimi, nie korzystajmy przynajmniej chwilowo z samochodu i przesiądźmy się na transport zbiorowy. Również wtedy, gdy dana osoba ma wobec niego obiekcje (że nieprestiżowy, że samochód to oznaka statusu społecznego itp. – abstrahując od sensowności takiego przekonania). Trudno, schowajmy dumę do kieszeni, to nie ten czas. Do samochodu wrócicie, gdy skończy się wojna.

Dużą rolę do odegrania maju tu media, aktorzy, celebryci, politycy. Promujcie transport publiczny, pokazujcie się w tramwaju, autobusie lub pociągu, zorganizujcie wspólnie akcję pokazującą, że zbiorkom jest fajny. Apeluję tu do prezesa TVP i TVN – wpłyńcie na reżyserów waszych popularnych seriali, na których wzoruje się znaczna część polskiego społeczeństwa. Jaki przekaz wypływa codziennie z popularnych seriali typu „Barwy Szczęścia”, „M jak Miłość” czy „Na Wspólnej”, oglądanych przez miliony widzów? Otóż taki, że każdy jeździ tam samochodem i tylko samochodem, a zwłaszcza osoby na stanowiskach: zamożni prawnicy, lekarze, ludzie sukcesu. PKS-em w tych serialach jeździ tylko biedna babcia z prowincji lub jakieś biedactwo które znalazło się w tarapatach, które stoi biedne na przystanku i zaraz przypadkowo podjeżdża jakiś znajomy w dobrym samochodzie, który proponuje podwózkę. Uff, koszmar korzystania z transportu publicznego się skończył! Panie i panowie, panie prezesie Kurski, to się musi skończyć, zwłaszcza w obliczu rosyjskiej agresji, która finansowana jest ropą, korzystaniem z samochodów. TVP ma misję publiczną, niech że Pan w końcu ją realizuje również w odniesieniu do kreowania mody na transport publiczny!

Zlikwidować wykluczenie transportowe w trybie pilnym. Autobusy regionalne i transgraniczne

Problemem Polski jest jednak to, że w większości relacji nawet gdy chcemy pojechać transportem publicznym, nie mamy takiej możliwości, bo nic nie jeździ lub są zaledwie 3 kursy dziennie, uwłaczającym godności ciasnym busem. Taka sytuacja panuje zwłaszcza w Małopolsce, która jest wzorem dziadostwa transportowego, braku sprawnego transportu i lekceważenia tego tematu przez władze marszałkowskie (wyjątkiem jest kolej – Koleje Małopolskie działają sprawnie, mają świetnego prezesa, ale dyrektor w urzędzie marszałkowskim odpowiadający za autobusy to porażka).

Od 2019 roku funkcjonuje rządowy Fundusz Autobusowy (FRPA), z którego finansowane są lokalne i regionalne połączenia autobusowe. To krok w dobrym kierunku, ale wymagający reformy i dofinansowania. W dodatku o ile w Wielkopolsce i na Pomorzu Fundusz Autobusowy działa sprawnie (finansowane są porządne, komfortowe połączenia realizowane przez normalne duże autobusy), to w Małopolsce jest on swoją karykaturą. Przewozy w Małopolsce realizowane z rządowego funduszu przejęli busiarze, realizujący połączenia marszrutkami typu Januszex-Trans, ciasnymi pojazdami, którzy nie zadbali o umieszczenie połączeń w popularnych wyszukiwarkach rozkładów jazdy. To się w trybie pilnym musi zmienić, Ministerstwo powinno zapewnić odpowiednie standardy transportu publicznego i wyeliminować busiarzy z rynku.

Kolejnym nierozwiązanym problemem są połączenia transgraniczne, a raczej ich brak. Z Polski na Słowację, do Czech i na Litwę z kilkoma wyjątkami nie da się dotrzeć inaczej, niż własnym autem. Jak bardzo są potrzebne połączenia transgraniczne, świadczą apele słowackich wolontariuszy, opiekujących się uchodźcami. Jak twierdzą, sporo uchodźców potrzebuje się dostać do Polski, bo ma tu rodzinę – i nie ma jak, bo nic nie jeździ. O transgraniczny transport publiczny od 2013 roku zabiega grupa ekspertów skupionych wokół Inicjatywy Obywatelskiej „Polska – Słowacja – autobusy”. Udało się uruchomić pierwszą linię transgraniczną Bukowina Tatrzańska – Dolny Kubin, która jednak decyzją marszałka Małopolski (PiS) została ponad rok temu zlikwidowana (oficjalnie zawieszona, ale minął rok a nowej linii wciąż nie ma), o czym można przeczytać w zlinkowanym poniżej artykule. Eksperci z zakresu transgranicznego transportu publicznego nie są zapraszani do współpracy przez Ministerstwo Infrastruktura i Urząd Marszałkowski, ich apele trafiają w próżnię, są wręcz blokowani na Twitterze za ich pytania o transgraniczny transport publiczny.

To się musi zmienić, bo sytuacja jest postawiona na głowie. W trybie pilnym musimy ograniczyć zakupy rosyjskiej ropy, a w tym celu należy stworzyć brakujący transport publiczny (w tym transgraniczny) by zapewnić alternatywę dla samochodu. Eksperci zajmujący się tym tematem powinni być mile widziani i zapraszani przez administrację publiczną do współpracy, a są traktowani jak intruzi, którzy niepotrzebnie zawracają głowę przywiązanym do samochodu urzędnikom.




Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.