/Nie przenoście nam stolicy do Brna. Bo ona już tam jest

Nie przenoście nam stolicy do Brna. Bo ona już tam jest

Brno z powodzeniem można nazwać drugą stolicą Republiki Czeskiej. Mało kto wie, że po upadku komunizmu i rozdziale Czechosłowacji Praga podzieliła się z Brnem wieloma stołecznymi funkcjami, przenosząc na Morawy część najważniejszych organów władzy.





Stolica i ta druga metropolia, czyli o wzajemnych animozjach

Przyglądając się relacjom między Brnem, Pragą i całą resztą republiki, z łatwością dostrzeżemy wiele analogii wobec naszego polskiego podwórka. Zresztą nie tylko do polskiego. W Europie Środkowej i Wschodniej praktycznie nie znajdziemy państwa, w którym relacje społeczne nie rozgrywałyby się według poniżej opisanego schematu. Z jednej strony mamy więc oficjalną stolicę, która w krajach naszego regionu (w odróżnieniu np. od Australii czy USA) jest też równocześnie największym i najbogatszym miastem w danym państwie. A to sprawia, że stolica ma tendencje do coraz większej koncentracji władzy, kapitału i wykwalifikowanych „zasobów ludzkich”.

Bogata stolica staje się jeszcze bogatsza, dystans między nią a resztą kraju się pogłębia, co rodzi liczne patologie społeczne i w efekcie problemy dla samych mieszkańców tego najważniejszego miasta (drożyzna, korki, nadmierna urbanizacja). Równocześnie narasta niechęć do stolicy ze strony mieszkańców innych regionów, rodzi się poczucie, że kraj podzielił się na dwie nie przystające do siebie części: stolicę i całą resztę. Ile razy słyszeliśmy, że Moskwa to nie cała Rosja, Kijów to nie Ukraina, a Bratysława to nie Słowacja? W tym sensie, że stolica stała się na tyle zagoniona, wyalienowana itp., że straciła swą autentyczność, nie można więc na podstawie nawet długotrwałego pobytu w tejże Moskwie czy Budapeszcie powiedzieć, że tak oto poznaliśmy dobrze rosyjskie czy węgierskie realia.

Ale napięcia na linii stolica – cała reszta kraju przybierają z reguły nierównomierną postać. Mieszkańcy małych i średnich miast często po prostu bez mrugnięcia okiem akceptują przewodnią i dominującą rolę miasta stołecznego, bo ich miejscowości i tak nie mogą z nim w żaden sposób konkurować. Dlatego w Polsce warszawocentryzm jest przyjmowany bez większych oporów wśród mieszkańców Białegostoku, Olsztyna, Lublina czy Siedlec. Warszawa jest dla nich oczywistym punktem odniesienia i nie razi ich to, że instytucje centralne nie są rozmieszczone równomiernie w różnych dużych miastach kraju – co jest normą np. w Niemczech lub Szwajcarii. Co innego Kraków, Aglomeracja Śląsko-Dąbrowska czy Trójmiasto: a więc metropolie na tyle silne, by ze stolicą konkurować jak równy z równym. Często silny ambicjonalny konflikt krystalizuje się właśnie na linii stolica – drugie najważniejsze miasto, względnie miasto któreś z kolei pod względem wielkości, które jednak wyróżnia się pod względem kulturowym i historycznym (dawna stolica, centralny ośrodek wyróżniającej się części kraju).

Popatrzmy na Europę Środkową i Wschodnią, a dostrzeżemy wiele takich przykładów przeciwstawianych sobie par miast: stolica (bogata, ale za głośna, nieautentyczna, bez charakteru, gdzie wszyscy się spieszą i jest drogo) – to drugie miasto (gdzie są mniejsze perspektywy zarobku, ale za to żyje się spokojniej, ciekawiej, taniej, a w dodatku jest często więcej zabytków i bujniejsze życie kulturalne). Oto kilka przykładów: Moskwa – Petersburg, Warszawa – Kraków, Bratysława – Koszyce, Kijów – Lwów, Mińsk – Grodno, Zagrzeb – Split, Ankara – Istambuł, Madryt – Barcelona, czy nawet Astana – Ałmaty. Co charakterystyczne, to drugie miasto leży często na przeciwległym końcu kraju i w odróżnieniu od miasta stołecznego ma albo więcej zabytków, albo też po prostu jest z różnych względów uznawane za „kulturalną stolicę kraju”.

Brno jest spokojniejsze

Nie inaczej jest w Republice Czeskiej, gdzie wytworzyła się właśnie taka swoista para przeciwstawianych sobie miast: Pragi i Brna. Ta pierwsza jest przez wielu Czechów i Morawiaków nielubiana za jej pyszałkowatość, nadmierną koncentrację zasobów i tym samym oderwanie od realiów, w jakich przyszło żyć zwykłym Czechom. Chociaż w odróżnieniu od Warszawy Praga ma mnóstwo zabytków i jest po prostu perełką architektury, wielu mieszkańców Republiki Czeskiej i tak ma do niej stosunek ambiwalentny. „To prawda, że Praga jest pięknym i zabytkowym miastem, ale przez ten najazd turystów stała się takim miastem cukierkowym, wypudrowanym, nieautentycznym. Centrum Pragi to taki skansen dla turystów, tu nie ma autentycznego życia, to tylko takie turystyczne miasteczko na pokaz” – powiedzą zwłaszcza mieszkańcy Moraw i czeskiego Śląska, ale nie tylko oni.

Właśnie dlatego wiele osób, które chcą żyć w wielkim mieście, ale nie odpowiada im stołeczne nadęcie, wybiera drugie co do wielkości miasto i zarazem stolicę Moraw – czyli 400-tysięczne Brno. Dotyczy to zwłaszcza studentów z Czech i Słowacji, którzy mimo większych możliwości zrobienia kariery w Pradze, to właśnie Brno często wybierają na miejsce swojej edukacji. Przyczyna jest taka, jak w przypadku wyboru Krakowa zamiast Warszawy przez niektórych studentów np. z Lubelszczyzny. Brno jest tańsze, nie ma tam takiego wyścigu szczurów i jest tam po prostu ciekawsze życie studenckie – w przeciwieństwie do nastawionej na karierę stolicy.

W przypadku studentów ze Słowacji, którzy licznie wybierają czeskie uczelnie, dochodzi jeszcze istotny aspekt geograficzny. Brno jest po prostu bliżej niż Praga, z Bratysławy można tu dojechać w niecałe dwie godziny. A przy tym studiuje się tu ciekawiej niż w słowackiej stolicy – i przede wszystkim o wiele taniej. Nic dziwnego, miasto jest bardzo rozwiniętym ośrodkiem akademickim: funkcjonuje tu kilkanaście prestiżowych uczelni, konkurujących jak równy z równym z uniwersytetami praskimi. To miasto typowo studenckie: jest ich tu ponad sto tysięcy, co w zestawieniu z 400 tysiącami stałych mieszkańców robi wrażenie i tworzy określoną atmosferę. I znów mamy tu analogię z Krakowem czy tym bardziej Lublinem, gdzie sytuacja pod tym względem jest niemal identyczna.

Kto Austrię lubi, a kto nie

Na tym jednak analogie się nie kończą. Różnice w mentalności między Krakowem a Warszawą wynikają między innymi z tego, że w przeszłości były tu dwa odmienne zabory: austriacki i rosyjski. Kraków to dawna Galicja ze swoją osobliwą, zupełnie odmienną od reszty kraju (w tym Warszawy) tradycją. W Republice Czeskiej jest podobnie: tak jak Kraków jest stolicą Małopolski, która jest skrajnie odmienna od Mazowsza, tak Brno jest stolicą Moraw, regionu istotnie różniącego się od Czech właściwych.

Morawy różnią się od Czech dialektem (niektórzy wyróżniają nawet język morawski jako odrębny od czeskiego), nastawieniem do religii (Czesi to ateiści lub względnie protestanci, wśród Morawiaków jest zdecydowanie więcej katolików), a nawet upodobaniami do poszczególnych rodzajów alkoholu. Tak jak Praga w oczywisty sposób kojarzy się z czeskim piwem, to Brno jest już stolicą winiarstwa, chociaż oczywiście chmielowy napój też jest tu popularny.

I wreszcie, sprawa może nie tak istotna, ale bardzo wymowna: stosunek do sąsiedniej Austrii i jej stolicy. Czechów, w tym Prażan, można bez zbytniej przesady nazwać austrofobami. Niechęć Czechów wobec Austrii jest dużo silniejsza, niż polska ruso- i germanofobia i ma ona podobne uzasadnienie historyczne: Czechy były przez wiele wieków germanizowane i zdominowane przez Habsburgów. Do tego dochodzi niechęć na linii stolic: Pragi i Wiednia, które konkurują o miano najważniejszego miasta w Europie Środkowej. Prażanie nie są w stanie zaakceptować, że to nie ich miasto, lecz Wiedeń, jest niekwestionowanym środkowoeuropejskim liderem. A więc takim punktem odniesienia dla sąsiednich narodów: Słowaków z okolic Bratysławy, Węgrów, mieszkańców Bałkanów. Miastem do którego przyjeżdża się na studia czy do pracy, gdzie robi się interesy, skąd wylatuje się na zagraniczne wycieczki.

Zupełnie inaczej jest z Brnem, które podobnie jak Bratysława ma ścisłe związki historyczne, kulturalne i po prostu międzyludzkie z Wiedniem. Pierwsza linia kolejowa połączyła Brno właśnie z austriacką stolicą, a nie z Pragą. Również dziś, gdy znikły kontrole graniczne, z Brna do Wiednia jest po prostu bliżej i szybciej, niż do Pragi. Brno nie ma problemu z akceptacją przewodniej roli Wiednia w tej części Europy, wręcz przeciwnie: dla mieszkańców tego miasta jest to właśnie atut i szansa rozwojowa. Im silniejszy i bardziej wpływowy będzie Wiedeń, tym bardziej skorzysta na tym właśnie Brno i całe Morawy, które nauczyły się doskonale wykorzystywać atut położenia między Pragą, Wiedniem, Bratysławą, Śląskiem i Krakowem. Co innego Praga, która w rosnącej roli Wiednia upatruje przede wszystkim zagrożenie dla siebie, jako domniemanego regionalnego lidera w Europie Środkowej.

Przychylny stosunek Morawiaków do sąsiedniej Austrii jest właśnie tym, co łączy ich ze Słowakami, którzy również (z różnych powodów historycznych) są raczej austroentuzjastami. Ale na tym nie koniec podobieństw. Morawiacy są pod wieloma względami społeczeństwem o pośrednich cechach między Czechami a Słowakami. Również jeśli chodzi o język, religijność, tradycje, styl życia. To dlatego słowaccy studenci tak tłumnie oblegają brnieńskie uczelnie: jak sami wskazują, tutaj czują się jak na Słowacji, a przy tym Morawy są dla nich taką „lepszą wersją Słowacji”: bogatszą, czystszą, bardziej nowoczesną i europejską. Z Pragą już tak nie jest, mimo wielu podobieństw to już jest dla Słowaków (zwłaszcza młodych) w pewien sposób prawdziwa zagranica. Bliska zagranica (podobnie jak Wiedeń dla bratysławczan), ale jednak.

Sposób na uprzedzenia? Podzielić się stołecznością

Mając na względzie te wszystkie nieuchronne uprzedzenia i niesnaski, nasi południowi sąsiedzi u zarania podziału Czechosłowacji zrobili rzecz wręcz genialną. Po prostu podzielili funkcje stołeczne między dwa największe miasta: Pragę i Brno. Oczywiście nie na zasadzie pół na pół – to Praga jest konstytucyjną i niekwestionowaną stolicą całej republiki i to tutaj są siedziby prezydenta, rządu, parlamentu i ministerstw. Ale już siedziby władzy sądowniczej i najważniejszych organów kontrolnych znajdują się w Brnie. I nie dotyczy to jedynie siedziby Sądu Konstytucyjnego, Sądu Najwyższego czy Sądu Administracyjnego. Brno jest również siedzibą odpowiednika naszego Rzecznika Praw Obywatelskich, NIK oraz Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. A także kilku służb mniejszej wagi, specjalistycznych, jak organ weterynaryjny, urząd do spraw winiarstwa, czy urząd ds. międzynarodowej ochrony praw dzieci.

Taki podział funkcji stołecznych okazał się strzałem w dziesiątkę. Przekazując znaczną część stołeczności mniejszemu Brnu Praga w niczym na tym nie ucierpiała, ani gospodarczo ani społecznie. Czy stolica Czech byłaby zauważalnie bogatsza, miała większe znaczenie międzynarodowe, gdyby to właśnie tam, a nie w Brnie, znajdowały się te centralne instytucje wymiaru sprawiedliwości? Nie, dla Pragi jest to kwestia niezauważalna. Ale dla Brna już jak najbardziej: funkcje „drugiej stolicy” są dla tego miasta bardzo istotnym czynnikiem rozwojowym, nie tylko w wymiarze symbolicznym. A cały kraj zyskuje na tym, że dzięki dwóm stolicom Republika Czeska ma tak naprawdę dwie liczące się w skali środkowoeuropejskiej metropolię (a właściwie trzy, bo jeszcze Ostrawa). To lepsze, niż gdyby kraj miał dzielić się tylko na Pragę i zapyziałą prowincję, tak jak to jest faktycznie na Węgrzech.

Genialność deglomeracji w wykonaniu czeskim polega też na tym, że przy okazji dowartościowania Brna i równomiernego rozwoju kraju udało się także terytorialnie rozdzielić władzę sądowniczą i organy kontrolne (Brno) od władzy ustawodawczej i wykonawczej. Wszyscy bowiem wiemy, że nawet w najlepszej demokracji zawsze będą się tworzyły lokalne kliki, układziki czy też po prostu niewinne znajomości. Terytorialny rozdział to najprostsze i najskuteczniejsze remedium – nie załatwiające całości problemów, ale i tak efektywne. Niech kliki polityczno-biznesowe tworzą się w Pradze, niech analogiczne kliki prawnicze tworzą się w Brnie – ale przynajmniej nie będą one towarzysko powiązane między sobą, nie w takim stopniu, jakby wszyscy mieszkali w jednym mieście. W efekcie władza sądownicza, prokuratura, NIK, urząd antymonopolowy i inne instytucje kontrolne z siedzibą w Brnie rzeczywiście są w stanie patrzeć na ręce praskim rządzącym, czego nie można powiedzieć o naszym patologicznym sądownictwie i prokuraturze.

Dodajmy, że podobny terytorialny rozdział władzy sądowniczej od ustawodawczej i wykonawczej zastosowano na Słowacji. Niech skorumpowana branża polityczna kisi się we własnym sosie w Bratysławie, ale siedzibą Sądu Konstytucyjnego są leżące na drugim końcu kraju Koszyce. I to działa, to rzeczywiście zwiększa niezależność wymiaru sprawiedliwości. Oczywiście, koszyccy sędziowie i prokuratorzy nie są krystalicznie czyści, kliki i układy są tu na porządku dziennym – ale przynajmniej zderzenie koszyckich układzików prawniczych z bratysławskimi klikami politycznymi rodzi jakąś tam konkurencję i w efekcie – większą sprawiedliwość i demokratyczność całego systemu, niż gdyby wszystko było zgromadzone w Bratysławie. Już widzę oczyma wyobraźni premiera Fico umawiającego się z prezesem Sądu Najwyższego w restauracji i obgadującego szczegóły nieformalnej współpracy. Dziś też to oczywiście ma miejsce, ale do tego potrzeba jednak przebyć te 400 km, a więc siłą rzeczy ta zależność polityków od sędziów nie jest tak ścisła.

Dodajmy też, że zarówno Czechy, jak i Słowacja to państwa unitarne. A mimo to rozdzieliły one terytorialnie władzę wykonawczą i ustawodawczą, mającą siedzibę w stolicy, od władzy sądowniczej i kontrolnej (NIK, Rzecznik Praw Obywatelskich, urząd antymonopolowy), którą ulokowano w drugim najważniejszym mieście na końcu kraju – odpowiednio Brnie i Koszycach. A więc to nie jest tak, że deglomeracja to domena jedynie państw z federalnym ustrojem, jak Niemcy czy Szwajcaria.

W tej sytuacji aż samo nasuwa się tu porównanie z naszym polskim podwórkiem. Skoro Czesi i Słowacy mogą, to czy my nie moglibyśmy iść ich śladem? Czyli – Warszawa jako siedziba rządu, prezydenta i ministerstw, ale Kraków jako stolica polskiego sądownictwa i instytucji kontrolnych. Czyli właśnie Kraków jako siedziba Sądu Najwyższego, Trybunału Konstytucyjnego, Naczelnego Sądu Administracyjnego, NIK, Rzecznika Praw Obywatelskich, Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów, Urzędu Komunikacji Elektronicznej i pozostałych instytucji kontrolnych (włącznie z inspekcją weterynaryjną). Dokładnie tak, jak to ma miejsce w Brnie. Czyli: Warszawa sprawuje władze, Kraków ją kontroluje. U obu naszych południowych sąsiadów ten model się doskonale sprawdza, a dobre wzorce warto przenosić na nasze polskie podwórko.

Jakub Łoginow