/Pomysł na krakowski smog, parki rzeczne i zalesianie: Związek Gmin Dłubni i Białuchy

Pomysł na krakowski smog, parki rzeczne i zalesianie: Związek Gmin Dłubni i Białuchy

Jeszcze tylko dwa lata pozostały do wprowadzenia w Krakowie całkowitego zakazu palenia węglem i drewnem. I chociaż prawdopodobnie do września 2019 roku nie zdążymy zlikwidować wszystkich pieców, wiele wskazuje na to, że zrobimy to rok-dwa lata później i tym samym niemal całkowicie wyeliminujemy źródła niskiej emisji na terenie miasta. Już teraz więc warto zastanowić się, co zrobić ze smogiem napływającym spoza Krakowa. Na szczęście jest na to sposób.





Kraków likwiduje piece węglowe. A smog nie znika – napływa z Zielonek, Michałowic i Skały

Faktyczną walkę ze smogiem Kraków rozpoczął dopiero w 2013 roku, wskutek działań Krakowskiego Alarmu Smogowego. To wówczas miasto policzyło piece węglowe i przystąpiło do ich likwidacji, z udziałem dość ambitnego programu dopłat do wymiany pieców. Okazało się, że w Krakowie w 2013 roku było około 30 tysięcy palenisk węglowych. Po czterech latach programu PONE (Program Ograniczania Niskiej Emisji), pozostało ich 10 tysięcy. To wciąż za dużo, ale rachunek jest prosty: Kraków zrobił naprawdę dobrą robotę, zlikwidował już aż dwie trzecie z początkowej liczby źródeł niskiej emisji.

Jest bardzo mało prawdopodobne, że Kraków zdąży z ich całkowitą likwidacją do września 2019 roku. Ale trzeba przyznać, że magistrat się stara i szuka nowych rozwiązań. Jednym z nich jest przygotowywany program wsparcia dla termomodernizacji starych budynków. W ciągu ostatnich dwóch miesięcy wymiana pieców w Krakowie znów przyspieszyła. W najgorszym wypadku, we wrześniu 2019 w Krakowie wciąż będzie kopcić 3000 – 5000 pieców. To wciąż o 3-5 tysięcy za dużo, bo powinno być ZERO. Ale w porównaniu z początkową liczbą 30 tysięcy, trzeba przyznać, to dość imponujący wynik.

Na wrześniu 2019 roku świat się jednak nie kończy. Nawet, jeśli się spóźnimy, co niestety jest niemal pewne, te pozostałe 3-5 tysięcy pieców Kraków nadal będzie likwidować – z opóźnieniem, ale jednak. Właścicieli skłonią do tego spore kary za łamanie zakazu palenia węglem. Można więc postawić tezę, że do 2021 roku problem kopcących pieców węglowo-śmieciowych w Krakowie niemal całkowicie wyeliminujemy, równocześnie walcząc z emisją z samochodów i przemysłu (kombinat hutniczy). Gdyby nie okoliczne gminy, sprawa byłaby prosta: około 2021 roku smog w Krakowie przeszedłby do historii.

Tak się jednak nie stanie, gdyż problemem są gminy okalające Kraków. To nie jest tak, że nie walczy się w nich ze smogiem: przykładowo, działania gmin Zabierzów, Wielka Wieś czy Zielonki są dość obiecujące. Ale niewystarczające. A pozostałe gminy, zwłaszcza Skała czy Sułoszowa, ze smogiem nie walczą prawie wcale. Już dziś około 30% smogu w Krakowie to „zasługa” gmin ościennych. W miarę likwidacji pieców węglowych w Krakowie ten odsetek będzie narastał i w 2019 roku, według moich szacunków, aż dwie trzecie smogu w Krakowie może pochodzić od naszych szacownych sąsiadów, zwłaszcza tych z północy. Po całkowitym wyeliminowaniu pieców węglowych w mieście, co nastąpi powiedzmy w latach 2021-23, sąsiednie gminy mogą odpowiadać aż za około 80% krakowskiego smogu, reszta będzie pochodzić z samochodów i kombinatu hutniczego.

Kraków nie rozmawia z sąsiadami. A powinien!

Czy mamy biernie czekać do 2023 roku, całkowicie zlikwidować wszystkie piece, by dopiero wtedy ze smutkiem skonstatować, że smog wcale nie zniknął? Niekoniecznie! Kraków ma możliwości wpływania na smog z okolicznych gmin, przy poszanowaniu ich samodzielności i podmiotowości. Niestety, z tych możliwości nie korzysta.

W całej Polsce standardem jest, że okoliczne miasta i gminy ze sobą współpracują w ważnych dla siebie tematach, takich jak ekologia, transport czy ścieżki rowerowe wykraczające poza obszar jednej gminy. Narzędzie do takiej współpracy jest banalnie proste: są nim związki międzygminne. Jest rzeczą niezrozumiałą, dlaczego Kraków wraz ze swoimi sąsiadami takiego związku nie tworzy.

Bez Krakowa w nazwie, aby nie urazić sąsiadów. Utwórzmy Związek Gmin Doliny Dłubni i Białuchy!

Podkrakowskie gminy, a raczej ich włodarze, są bardzo wyczulone na punkcie swojej samodzielności i podmiotowości. Dlatego w Zielonkach, Wielkiej Wsi, Skale czy Michałowicach mogłyby się pojawić opory nad przystąpieniem do Związku Komunalnego, którego nazwa wskazywałaby na to, że jest to „Kraków plus sąsiedzi”, w obawie przed zdominowaniem przez stolicę Małopolski. Dlatego „Związek Gmin Metropolii Krakowskiej” to dość niefortunna nazwa.

Doskonałe rozwiązanie na partnerską współpracę Krakowa i gmin ościennych znajduje się w Gdyni i okolicach. Od 1991 roku funkcjonuje tam – i odnosi sukcesy – Komunalny Związek Gmin „Dolina Redy i Chylonki”. I chociaż wiadomo, że to Gdynia jest tam liderem, okoliczne gminy Rumia, Reda, Wejherowo czy Kosakowo wcale nie czują się przez Gdynię zdominowane. Wręcz przeciwnie, związek gmin „Dolina Redy i Chylonki” z powodzeniem służy do realizacji wspólnych działań z zakresu gospodarki odpadami, gospodarki wodno-ściekowej, ochrony powietrza, transportu, parków krajobrazowych, tras rowerowych czy edukacji. Ale najważniejsze w tym związku wcale nie jest to, ile wspólnych projektów zrealizowano i jaką dotację na nie udało się pozyskać, choć kwoty są imponujące. Najważniejszą zaletą Związku Gmin „Dolina Redy i Chylonki” jest to, że ta organizacja jest forum dla regularnego dialogu prezydenta i wiceprezydentów Gdyni z burmistrzami i wójtami gmin ościennych. A także dla dialogu urzędników, radnych czy aktywistów.

Pytanie za sto punktów: kiedy ostatnio odbyło się oficjalne spotkanie prezydenta Jacka Majchrowskiego z wójtem Zielonek Bogusławem Królem, albo z wójtem gminy Liszki Pawłem Misiem? Kiedy odbyła się wspólna sesja Rady Miasta Krakowa i Rady Gminy Zielonki? Odpowiem: takich kontaktów nie ma. A szkoda, bo wspólnych spraw do załatwienia i omówienia jest sporo i jest to nie tylko smog. Ale płaszczyzn dla dialogu brakuje.

Moja propozycja: utwórzmy, wzorem Gdyni i sąsiadów, kilka związków gmin Krakowa i gmin sąsiednich – ale nie wszystkich dookoła, bo przecież Świątniki Górne nie mają nic wspólnego z Zielonkami, a Gmina Liszki – z Gminą Niepołomice. Zacznijmy od kontaktów z Północą, bo to na północy znajdują się gminy, położone najbliżej Rynku Głównego, dworca PKP i Wawelu. Odległość od Urzędu Gminy Zielonki do krakowskiego dworca głównego to zaledwie 7 km. To tyle samo, co odległość z krakowskiego dworca do Placu Centralnego w Nowej Hucie i mniej, niż do wielu wcale nie całkiem peryferyjnych osiedli na terenie Krakowa.

Mam nawet pomysł na neutralną nazwę dla takiego związku komunalnego, do zaakceptowania przez wszystkie gminy. Bez Krakowa i metropolii krakowskiej w nazwie. Niech będzie to, wzorem Gdyni: Komunalny Związek Gmin „Dolina Dłubni i Prądnika”. Cele: współpraca w walce ze smogiem, zanieczyszczeniem obu rzek i ich dopływów, autobusowej komunikacji aglomeracyjnej, gospodarki odpadami, tras rowerowo-rolkarskich, a także zalesiania.

Stwórzmy platformę dla dyskusji o smogu i nie tylko

Siedzibą Związku nie musi i nie powinien być Kraków. Może się ona mieścić w Zielonkach, Marszowcu lub Bibicach. Związek powinien zrzeszać wszystkie zainteresowane gminy z dorzecza Dłubni i Prądnika, a więc Kraków, Zielonki, Michałowice, Wielka Wieś, Skała, Iwanowice, Sułoszowa i Kocmyrzów-Luborzyca. Osiem gmin ze wspólnymi problemami i zadaniami do rozwiązania, w sam raz, by taka organizacja była skuteczna.

Najważniejszą zaletą takiego związku byłoby stworzenie zinstytucjonalizowanej platformy dla dialogu na tematy ważne dla Krakowa i jego północnych sąsiadów. Dialogu, którego obecnie bardzo brakuje.

Takim forum mogłyby być odbywające się co miesiąc posiedzenia Rady Związku, do których należeliby zainteresowani samorządowcy (wójtowie, wiceprezydenci), radni miasta, gminy i dzielnicy (zwłaszcza dzielnic granicznych: Prądnika Białego, Prądnika Czerwonego, Mistrzejowic, Wzgórz Krzesławickich), a także urzędnicy. W tym związku komunalnym nawet nie chodziłoby o to, by skłaniać kogokolwiek do jakichkolwiek działań (na przykład do przyspieszenia walki ze smogiem). To, że okoliczne gminy być może zbyt wolno walczą z zanieczyszczeniem powietrza, z czegoś jednak wynika. Warto o tym porozmawiać, wymienić się doświadczeniami, spróbować zrozumieć specyficzne i dość trudne uwarunkowania, w których przyszło działać wójtom gmin podkrakowskich. Zwykła wymiana doświadczeń i luźne rozmowy często potrafią zdziałać więcej, niż oficjalne projekty.

Zalesianie, transport, trasy rowerowo-rolkarskie, zanieczyszczenia Dłubni i Białuchy

Smog to nie jedyny temat, którym mógłby się zająć postulowany przeze mnie związek komunalny. Kraków właśnie opracowuje swój Powiatowy Program Zwiększania Lesistości. Zgodnie z nim, na północy Krakowa mają powstać nowe lasy sięgające granicy miasta. Logicznie rzecz biorąc, wypadałoby przy tej okazji porozumieć się z sąsiednimi gminami Michałowice i Zielonki co do tego, by obie te gminy zalesiły fragment terenu także na swoim terytorium, na przedłużeniu krakowskich lasów. Warto o takich pomysłach rozmawiać – obecnie jednak nie ma platformy do takiej dyskusji.

Kolejna sprawa – fajnie byłoby móc za 3-5 lat pojechać z Krakowa do Ojcowa na rolkach po wygodnej, asfaltowej trasie. Wymaga to jednak porozumienia z Gminą Zielonki, Wielka Wieś i Skała. Urzędnicy Gminy Zielonki, zapytani o ten projekt, reagują dość entuzjastycznie: to fajny pomysł, warto byłoby go zrealizować. Niestety, krakowski ZIKIT wcale z nimi o tym nie rozmawia – brakuje oficjalnej platformy dla tego typu rozmów.

Kolejna sprawa: tworzymy w Krakowie parki rzeczne Dłubnia i Białucha, ale obie te rzeki są zanieczyszczone. Ścieki i śmieci trafiają do Krakowa już z gmin położonych w górnym toku tych rzek. Jeżeli chcemy naprawdę cieszyć się parkami Dłubni i Białuchy, musimy się z tymi gminami porozumieć – wspólnie poszukać rozwiązań, jak zadbać o czystość obu tych rzek.

To samo można powiedzieć o wielu innych łączących nas kwestiach. Autobusowe linie aglomeracyjne, przebudowa dróg łączących Kraków z gminami ościennymi, edukacja, gospodarka odpadami. Z pewnością w wielu tych kwestiach interesy Krakowa i gmin ościennych będą rozbieżne. W wielu sprawach nie dojdziemy do porozumienia, albo negocjacje będą bardzo trudne. Ale warto rozmawiać, zamiast tak jak obecnie, chować głowę w piasek.

Jakub Łoginow