Słowacy masowo przyjmują Ukraińców. Uchodźcy nie mają jak się dostać do rodzin w Polsce, bo małopolski marszałek zlikwidował autobusy transgraniczne

Słowacja jest trzecim po Mołdawii i Polsce krajem, który przyjął najwięcej ukraińskich uchodźców w przeliczeniu na tysiąc mieszkańców. Siedmiokrotnie mniejsza od nas Słowacja przyjęła ich już 175 tysięcy, co odpowiada 1,225 miliona, gdyby przeliczyć tę kwotę na ludność Polski. To liczba porównywalna z Polską, a mimo to Polacy nie kojarzą Słowacji z krajem udzielającym Ukraińcom schronienia. Wielu Ukraińców którzy znaleźli się na Słowacji potrzebuje jednak dostać się do swoich rodzin w Polsce, na przykład w Szczecinie, Gdańsku czy Warszawie i potrzebuje w tym celu dojechać transportem publicznym do pierwszej polskiej miejscowości, z której mogliby odjechać pociągiem lub autobusem do miejsca docelowego. Z kolei część uchodźców znajdujących w Krakowie potrzebuje przemieścić się na Słowację. Nie jest to możliwe, bo mimo wieloletnich apeli ekspertów, pomiędzy Polską a Słowacją nie funkcjonuje transport publiczny, a marszałek Małopolski (PiS) zlikwidował funkcjonującą z sukcesem, wywalczoną przez ekspertów samorządową linię transgraniczną.




Dlaczego Słowacja?

Mimo że Polska słusznie uchodzi za największego europejskiego przyjaciela Ukrainy, nie należy zapominać o tym, że równie intensywnie pomaga i równie bliska Ukraińcom jest sąsiednia Słowacja. Język słowacki jest jeszcze bliższy językowi ukraińskiemu, niż polski. Dialekt wschodniosłowacki, którym posługują się ludzie od Tatr Bielskich po Medzilaborce i ukraińską granicę, jest wręcz bliższy językowi ukraińskiemu niż językowi słowackiemu używanemu w Bratysławie, stąd poczucie bliskości Słowaków i Ukraińców jest oczywiste.

Słowacja pomaga Ukrainie w sposób, jaki zasługuje na najwyższy szacunek. Ten fakt nie jest w Polsce znany z kilku względów. Pierwszym są niewielkie rozmiary kraju – Słowacja jest ludnościowo siedmiokrotnie mniejsza od Polski, wiadomo że to Polska bardziej rzuca się w oczy i ma większą siłę ze względu na nasze rozmiary. Ale niestety drugą przyczyną jest patologiczna, irracjonalna wręcz maniera lekceważenia Słowacji i braku wiedzy o naszym sąsiedzie, widoczna zwłaszcza w przygranicznym Krakowie. Można apelować do władz miasta i województwa o intensyfikację współpracy i wiedzy o Słowacji, pisać podręczniki współpracy polsko-słowackiej i wręcz błagać radnych, marszałków i urzędników by je przeczytali – nie pomaga. Wiedzą lepiej i mają swoje absurdalne przekonanie, że przeczytanie takiej książki lub nauczenie się języka słowackiego to jakaś ujma. Słowacja w debacie publicznej Krakowa nie istnieje, jeśli już to tylko jako cel wyjazdu samochodowego na narty, ale nie jako temat debaty, współpracy w ramach V4, koordynacji działań w sytuacjach kryzysowych z jakimi mamy miejsce obecnie.

Granica ukraińsko-słowacka leży kilkaset kilometrów dalej od przejść granicznych w Medyce, Korczowej i Krościenku, od Lwowa dzieli ją cała noc jazdy pociągiem, dystans jak między Krakowem a Warszawą. Mówiąc w skrócie – jest BARDZO NIE PO DRODZE na szlakach ewakuacji. Mimo to, mnóstwo Ukraińców ewakuowało się właśnie na Słowację i nie są to mieszkańcy Zakarpacia, ale terenów objętych wojną. Dlaczego?

Przyczyn jest kilka, składa się na nie bliskość językowa i kulturowa Słowacji, przekonanie że ten kraj jest bezpieczniejszy od Polski (Polska graniczy z Rosją i Białorusią, Słowacja nie), a także logistyka. Polsko-ukraińska granica była przez wiele dni zakorkowana, Lwów był w zasięgu rosyjskich bombardowań. Zamiast tkwić kilkadziesiąt godzin na polskiej granicy, racjonalniejszym i bezpieczniejszym rozwiązaniem było wsiąść w pociąg Lwów – Użhorod (jeżdżą bez zakłóceń) i dotrzeć bezpiecznie na Zakarpacie. Już nawet tam, w Użhorodzie, uchodźcy są bezpieczni, Zakarpacie jako jeden z niewielu regionów Ukrainy jest poza zasięgiem rosyjskich bombardowań. Użhorod to ponadstutysięczne, piękne skądinąd europejskie miasto, niemal przyklejone do słowackiej granicy. Z dworca kolejowego da się dojść do przejścia ze Słowacją nawet pieszo, odległość jest mniej więcej jak z Rynku Głównego w Krakowie do Tauron Areny, oczywiście jeździ też miejski transport. Na granicy nie ma aż takich kolejek, a na słowackiej stronie Ukraińcy otrzymują taką samą pomoc od wolontariuszy, jak po polskiej stronie. Różnica polega na tym, że dużo lepiej zorganizowana jest pomoc na poziomie rządu, tu systemowe rozwiązania pojawiły się kilka dni wcześniej, niż ogłosiła je Polska.

Bezpłatne autobusy, pociągi, noclegi, możliwość pracy. Co dalej?

Słowacy podobnie jak Polacy od razu zapewnili uchodźcom z Ukrainy bezpłatne przejazdy pociągami i autobusami lokalnymi w Kraju Koszyckim, Preszowskim, Bratysławskim i w kilku innych miejscach. W odróżnieniu od Małopolski, oni przynajmniej autobusy lokalne typu PKS mają, więc mogli takie rozwiązania wdrożyć. Słowacja jest niestety krajem, w którym spora część społeczeństwa ma nastroje prorosyjskie i uległa rosyjskiej propagandzie. Jednak nawet oni w przeważającej większości opowiadają się za udzieleniem pomocy humanitarnej i jej udzielają.

Zaangażowanie i dobre serca Słowaków są tak samo duże, jak Polaków. Nie sposób tu różnicować, kto okazuje więcej serca, my czy Słowacy, byłoby to bezsensowne i nie na miejscu. Pomoc jest udzielana na takim samym poziomie. Tym bardziej konieczna jest polsko-słowacka współpraca i koordynacja na poziomie miast i regionów, której tak bardzo brakuje.

Sporo Ukraińców potrzebuje przemieścić się do rodziny w Polsce, nie mają jak

Słowacy z ogromnym zaangażowaniem udzielili Ukraińcom schronienia i wypoczynku, wielu z nich szuka dla swoich gości pracy, panuje przekonanie, że jeżeli tylko Ukraińcy będą chcieli na Słowacji zostać, to Słowacja na tym tylko skorzysta. Słowacki rynek pracy bardzo potrzebuje nowych ludzi, brakuje pracowników w wielu gałęziach, między innymi kierowców autobusów. Ale ucieczka przed wojną to nie ta okoliczność na dywagacje ekonomiczne o rynku pracy i socjologii, takie kalkulacje byłyby nieludzkie. Sporo Ukraińców, którzy znaleźli schronienie w Popradzie, Liptowskim Mikulaszu czy Koszycach, po tych kilku dniach wytchnienia zaczyna myśleć o tym, co dalej. Wielu z nich ma rodzinę w Polsce – w Szczecinie, Wrocławiu, Warszawie, Trójmieście. Słowaccy wolontariusze alarmują, że ci ludzie nie mają jak dotrzeć do Polski, bo nic (żaden autobus ani pociąg) nie jeździ.

Właśnie w takich sytuacjach kryzysowych wypływa tradycyjne „a nie mówiłem”, ale nie czas tu na satysfakcję z faktu, że mieliśmy rację konsekwentnie od 10 lat zabiegając o autobusy transgraniczne i prosząc, błagając wręcz marszałka Małopolski, by je utworzył. Również z myślą o takich jak ta sytuacjach nadzwyczajnych. Argumentowaliśmy, że skoro Polska i Słowacja są wspólnie w UE, NATO, V4 i Trójmorzu, nienormalną i niedopuszczalną sytuacją jest, by między naszymi krajami nie dało się podróżować inaczej, niż własnym autem. Argumentowaliśmy, że konieczne jest stworzenie i utrzymywanie, nawet sztuczne, przynajmniej kilku stałych samorządowych połączeń transgranicznych tylko po to, by „coś jeździło”. By COKOLWIEK kursowało NA STAŁE między Polską a Słowacją. Również ze względu na potrzeby ludzi, którzy znaleźli się w sytuacjach nadzwyczajnych i to niekoniecznie związanych z wojną. W każdym, nawet normalnym okresie zdarza się potrzeba, by w trybie nagłym przemieścić się z Polski na Słowację lub odwrotnie nie posiadając samochodu. Istnienie przynajmniej 3-5 STAŁYCH codziennych połączeń transgranicznych nawet gdyby przez większość roku miały jeździć puste (choć nie jeździły) to kwestia bezpieczeństwa i zapewnienia infrastruktury krytycznej, która jest niezbędna właśnie ze względu na tego typu sytuacje.

Pomoc dla Krakowa ze słowackiej Orawy i Zamagurza potrzebna na wczoraj. Wojewoda, Marszałek i prezydent miasta o nią nie poprosił, bo nie stworzyli takich kontaktów, mimo wieloletnich apeli

Media donoszą, że Kraków jest dziś w sytuacji krytycznej, nie jest w stanie przyjąć więcej uchodźców, konieczna jest pomoc z zagranicy. W normalnie działającym mieście i województwie już dawno sięgnięto by po pomoc ze słowackiej strony, uruchomiono by kontakty ze Słowakami. Niestety nie zrobiono tego, bo tych kontaktów nie ma, a Słowację się w Krakowie lekceważy.

Jak już wspomniałem, Słowacy aktywnie przyjmują ukraińskich uchodźców i w wielu miastach sytuacja też jest krytyczna. Ale nie na słowackiej Orawie, Zamagurzu i Pieninach, czyli w tych regionach, które są rzut beretem, bo zaledwie 100-120 km od Krakowa.

Ludzie tam chcą pomóc, ale nikt z Krakowa ich o tę pomoc nie poprosił. Są tu puste pensjonaty i hotele, które choćby jutro mogłyby zakwaterować część uchodźców z Krakowa. Są strażacy z orawskich i zamagurskich wsi, którzy choćby jutro przyjadą pomagać na krakowski dworzec, gdyby ich o to poprosić. Nikt ze strony wojewody, miasta Krakowa, marszałka o to nie prosi, bo nawet nie wpadli na ten pomysł, a ekspertów poruszających temat współpracy polsko-słowacko-ukraińskich spacyfikowali i poblokowali na portalach społecznościowych. Zrobili to dlatego, że eksperci od lat „zawracali im głowę” o stworzenie polsko-słowackich kontaktów, autobusów transgranicznych i procedur, których teraz w sytuacji krytycznej tak bardzo brakuje.




Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.