/Mieszkańcy Zielonek chcą likwidować piece, a wójt chce im dać dotację. Wymiana pieców stoi w miejscu ze względu na absurdalnie skonstruowany program

Mieszkańcy Zielonek chcą likwidować piece, a wójt chce im dać dotację. Wymiana pieców stoi w miejscu ze względu na absurdalnie skonstruowany program

Realizacja programu wymiany pieców w prawie wszystkich gminach podkrakowskich (z wyjątkiem Zabierzowa) praktycznie stoi w miejscu. Zlikwidować musimy kilkadziesiąt tysięcy „kopciuchów”, a tymczasem większości gminom udało się udzielić dotacji zaledwie na kilkanaście – kilkadziesiąt pieców rocznie. Jak się okazuje, problemem nie zawsze jest to, że samorządy zamiatają sprawę pod dywan. Przykład Zielonek pokazuje, że wymiana pieców mogłaby przyspieszyć, gdyby zmieniono zasady udzielania dotacji, brakuje jednak debaty publicznej w krakowskich mediach na ten temat.





O problemie braku postępów w walce ze smogiem rozmawiałem z wójtem gminy Zielonki, panem Bogusławem Królem oraz jego współpracowniczkami. Rozmowa trwała ponad dwie godziny. Ze względu na dużą ilość twardych danych, dokumentów czy nawet wzorów fizycznych, trudno byłoby ją spisać w formie wywiadu. Spróbuję w maksymalnie przystępnej formie opisać, na czym polega problem, przedstawiając tę sprawę z punktu widzenia Urzędu Gminy Zielonki.

Poniższy tekst należy rozumieć jako tekst publicystyczny, streszczenie stanowiska gminy. Ten tekst nie tylko może, ale nawet powinien stać się przedmiotem polemiki, służącej wypracowaniu optymalnego sposobu wyjścia z impasu. Bo zarówno Krakowski Alarm Smogowy, jak i wójt gminy Zielonki przyznają, że ten impas jest – wymiana pieców stoi i coś z tym trzeba zrobić. Wójt wytłumaczył (i przedstawione argumenty wydają mi się rozsądne), że większość problemów leży na zewnątrz i że warto aby Urząd Marszałkowski rozważył zmianę zasad. Z drugiej strony, aktywiści mają do wójta żal, dlaczego tych argumentów nie przedstawił wcześniej i odpowiednio ich nie nagłośnił, tak aby można było wytworzyć nacisk społeczny na usunięcie opisanych poniżej barier. Z kolei wójt ma żal do dziennikarzy, że często traktują sprawę smogu powierzchownie, nie poświęcając czasu na wnikliwy research.

Kraków ma łatwiej, bo korzysta z opłat i kar od trucicieli, z których może finansować wymianę pieców

Najważniejsza uwaga: wymiana pieców w Krakowie i w innych gminach odbywa się na zupełnie innych zasadach i jest finansowana z innych źródeł. W Krakowie finansowana jest w ramach PONE, czyli Programu Ograniczania Niskiej Emisji. PONE jest finansowanie głównie ze środków Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska (WFOŚ) i Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska (NFOŚ), ale wkład własny musi zapewnić gmina. Gminy (w tym Kraków) zapewniają ten wkład własny ze środków, uzyskiwanych z kar i opłat za korzystanie ze środowiska i jego zatruwanie. Czyli od fabryk. Kraków ma to „szczęście”, że na jego obszarze znajduje się m. in. Huta Sędzimira i inni „truciciele”. Jak zauważa wójt, emisja z huty truje nie tylko Kraków, ale też okoliczne gminy, ale to do Krakowa trafiają środki z tytułu kar i opłat. Tych środków jest na tyle dużo, że Kraków mógł sobie pozwolić na stworzenie nie tylko całkiem fajnego programu dopłat do wymiany pieców, ale też programu osłonowego na pokrycie wyższych kosztów ogrzewania, a nawet programu dopłat do termomodernizacji budynków (ruszy w przyszłym roku).

W Krakowie środki z tytułu opłat i kar za korzystanie ze środowiska są rzędu kilku milionów rocznie, a można je wykorzystać jedynie na działania związane z ochroną środowiska. W Gminie Zielonki są to kwoty około 10 tysięcy złotych rocznie, czyli nic. – Co ja z tego mogę zrobić? Sfinansować wymianę jednego czy dwóch pieców, tylko kogo wybrać? To już lepiej za te środki zrobić porządną kampanię informacyjną o smogu czy dofinansować kontrole palenisk, co też robimy – zauważa wójt Bogusław Król.
Rozwiązaniem być może mogłoby być przekazanie tych środków nie miastu Kraków, ale metropolii krakowskiej – tyle że ta nie działa na tyle dobrze, jakby mogła, co jest pokłosiem braku rozwiązań ustawowych odnośnie metropolii dla Krakowa.
Podsumowując, dzięki środkom z opłat i kar Kraków może sobie pozwolić na zrobienie bardziej ambitnego programu, a nawet na sfinansowanie wielu działań z własnego budżetu, nie oglądając się na środki zewnętrzne.

Tymczasem roczny budżet Gminy Zielonki na inwestycje wynosi zaledwie 10 milionów złotych, z czego trzeba też budować szkoły, drogi, chodniki itp. – Kraków dofinansuje termomodernizację budynków prywatnych dokładając każdemu 25 tysięcy złotych z własnego budżetu. Zastanówmy się, co by było, gdybyśmy również chcieli dofinansować z własnego budżetu termomodernizację, dając nie 25 tysięcy, ale tylko 10 tysięcy, co też nie załatwi spawy. Takich domów, które wymagają ocieplenia, jest w naszej gminie około tysiąca. Każdemu dajemy 10 tysięcy złotych i otrzymujemy kwotę 10 milionów złotych, którą musielibyśmy wydać na ten cel. A więc równowartość rocznego budżetu na inwestycje – tłumaczy wójt.

Ludzie chcą wymieniać piece, ale przeszkodą jest audyt energetyczny

Wobec powyższego Gmina Zielonki, podobnie jak inne gminy, musi opierać swoje działania na zewnętrznych środkach. Jednym z dostępnych programów, w ramach którego obecnie jest realizowana wymiana pieców, jest ZIT, czyli Zintegrowane Inwestycje Terytorialne.

Problem w tym, że kryteria przyznania dotacji z tego programu są delikatnie mówiąc absurdalne, mimo że oparte na dobrych chęciach i teoretycznie właściwych przesłankach.

Aby uzyskać dotację na wymianę pieca, mieszkaniec gminy podkrakowskiej musi najpierw przejść audyt energetyczny, który określi, jakie działania termomodernizacyjne należy wykonać, aby móc dostać dotację na wymianę pieca. Termomodernizacja – piękna rzecz i autor tych słów wielokrotnie nawoływał do tego, by szerzej wspierać mieszkańców w działaniach termomodernizacyjnych, również po to, by obniżyć rachunki za energię.

Tyle, że sytuacja w Zielonkach często wygląda następująco. Do urzędu zgłasza się właściciel nieocieplonego domu, który CHCE wymienić piec węglowy na gazowy, nawet jeśli rachunki za gaz miałyby być nieco wyższe niż za węgiel. Zresztą, jak twierdzi wójt, to mit że gaz jest droższy, gmina przeprowadziła akcję edukacyjną i polemizuje z tym przekonaniem. Na terenie gminy mieszka wiele nie biednych, choć też nie bogatych mieszkańców, którzy mogą sobie pozwolić na ogrzewanie domu gazem nawet bez przeprowadzenia termomodernizacji, a mają na tyle dużą świadomość ekologiczną, że chcą wymienić piec i sami się po to zgłaszają.

W Krakowie mówiąc w skrócie wygląda to tak: zgłaszasz chęć wymiany pieca – likwidujesz go – dostajesz kasę. Nikogo nie interesuje, czy ocieplisz dom, czy nie. Procedura jest relatywnie prosta.

W Zielonkach trzeba najpierw przejść wielomiesięczną uciążliwą procedurę audytu energetycznego (finansowanego przez samorząd), która określa, jakie działania musi najpierw mieszkaniec zrobić, by uzyskać dotację rzędu 5000 złotych na wymianę pieca. Często te wskazówki są dość wydumane. Wójt udostępnił mi do wglądu kilka dokumentacji takiego audytu (oczywiście bez danych osobowych), z których wynikało, że aby dostać 5000 zł na likwidację pieca, mieszkaniec musi najpierw wydać 28 000 zł na działania termomodernizacyjne, których nikt nie zrefunduje.

„Co pana wójta obchodzi, czy mi wzrosną koszty ogrzewania czy nie. Ja chcę po prostu dostać 5000 złotych na wymianę pieca, a jakie rachunki będę płacił po zamianie węgla na gaz, to moja prywatna sprawa” – komentują to mieszkańcy.

Audyt ma jeszcze kolejne wady. Na jego podstawie powstaje analiza zapotrzebowania na moc, która z reguły jest zaniżona. Mieszkaniec może w efekcie po wielomiesięcznej procedurze biurokratycznej uzyskać dotację na zainstalowanie pieca gazowego o niższej mocy, niż jest mu potrzebna dla normalnego funkcjonowania. Bo tak wynika z audytu, który jest biurokratyczną fikcją.

Zlikwidować audyt – wymiana pieców przyspieszy

Jak przyspieszyć wymianę pieców w Gminie Zielonki? Wójt ma na ten temat wyrobioną opinię: pomogłoby zlikwidowanie wymogu audytu energetycznego. Audyt sam w sobie jest pozytywną sprawą, bo wskazuje, co warto zrobić w budynku, by energia nie była tracona. Pożądane jest też wsparcie publiczne (np. z urzędu marszałkowskiego czy budżetu centralnego) dla termomodernizacji budynków. Ale nie należy od tego uzależniać przyznania dotacji. Zwłaszcza, że w zamożniejszych gminach, takich jak Zielonki, Wielka Wieś czy Michałowice, mnóstwo ludzi po prostu chce szybko wymienić piec i dostać na to dotację na takich samych zasadach, jak to się dzieje w Krakowie.

Tak się jednak w ramach ZITów nie da i wynika to z zasad ustalonych przez wicemarszałka Wojciecha Kozaka (PSL), a konkretnie podległych mu pracowników. A te zasady z kolei są pochodną rządowego rozporządzenia. Tak więc marszałek Kozak też nie do końca może je zmieniać – i mamy klasyczne krakowskie „niedasie”: wszyscy chcą dobrze, a jednak nie wychodzi.

Oczywiście po zmianie tych zasad wymiana pieców ruszy tylko w odniesieniu do tych osób, które obecnie sami z siebie chcą to zrobić. Na koniec pozostaną truciciele, których nie stać na zmianę ogrzewania lub po prostu się tym nie przejmują, palą śmieciami itp. Jednak jak twierdzi wójt, byłoby dobrze, gdybyśmy w ogóle doszli do tego momentu. Na razie mamy problem odwrotny: są chętni na likwidację pieca, ale odstrasza ich zbyt skomplikowana i absurdalna procedura. Propozycja jest prosta: zróbmy w gminach podkrakowskich i pozostałych gminach małopolskich program oparty na takich zasadach, jakie obowiązują w Krakowie – i będzie efekt.

Co z tym fantem zrobimy?

Jak wspomniałem na wstępie, powyższy tekst jest tekstem publicystycznym, streszczającym w możliwie przystępny sposób w skrótowej formie stanowisko Gminy Zielonki. Dobrze byłoby poznać stanowisko rządu, marszałka Kozaka i aktywistów w tej sprawie. Może warto zmienić zasady zgodnie z sugestią wójta? Inaczej, jak widać, problemu nie rozwiążemy.

O sprawie rozmawiałem ze znajomym dziennikarzem, zajmującym się tematem smogu. „Dlaczego w takim razie wójt nie nagłośnił tych problemów wcześniej” – zapytał redaktor.

Osobiście uważam, że problemem jest właśnie to, że za mało o problemach gmin ościennych w Krakowie rozmawiamy. Dziennikarze krakowskich mediów bardzo rzadko fatygują się do sąsiednich gmin by przeprowadzić tam solidny research. Nic dziwnego – jest to związane z patologicznym modelem finansowania pracy dziennikarzy. Dziennikarz krakowskich mediów musi napisać trzy teksty dziennie, inaczej go wyrzucą z pracy. W takim tempie, gdzie na przygotowanie i napisanie artykułu są zaledwie trzy godziny, nie ma mowy o tym, by poważnie przygotować się do tematu.

Tak pracują dziennikarze etatowi. A freelancerzy? Sytuacja podobna: stawki honorariów autorskich za materiał prasowy są śmiesznie niskie, w krakowskich mediach lokalnych są one rzędu 50-100 złotych za artykuł. W porywach 200 złotych za duży tekst, co uchodzi za naprawdę dobrą stawkę.

Przygotowanie tekstu, który Państwo teraz czytają, zajęło mi kilkanaście godzin: wyjazd na kilka godzin do Zielonek, żmudne śledzenie literatury fachowej i aktów prawnych, wgłębianie się w specjalistyczną terminologię, którą jako tako rozumiem tylko dlatego, że mam wykształcenie techniczne. Dla humanisty to czarna magia. Gdybym chciał taką pracę wykonać jako zewnętrzny współpracownik któregoś z krakowskich mediów, za te 15 godzin pracy dostałbym wynagrodzenie (wierszówkę) rzędu 50, w porywach 200 złotych. Proszę sobie przeliczyć stawkę godzinową i łatwo wyjdzie, że jest ona niższa, niż u pracowników ochrony czy firm sprzątających, a konkretnie 3 – 13 złotych za godzinę (przy czym koszty dojazdu dziennikarz-freelancer musi ponieść samodzielnie).

To właśnie dlatego w krakowskiej prasie praktycznie nie przeczytają Państwo wnikliwych analiz problemu smogu w gminach podkrakowskich. Redaktorzy naczelni nie są gotowi rzetelnie za taką pracę swoim dziennikarzom zapłacić. Pozytywnym wyjątkiem jest tu Smoglab oraz Miesięcznik „Kraków”.

Moja analiza tego problemu mogła powstać tylko dlatego, że pracę w mediach coraz bardziej traktuję jako hobby i sposób na dorobienie sobie dodatkowo kilkuset złotych miesięcznie, a na życie zarabiam w inny sposób. Przy takich stawkach jak obecnie, nie da się robić rzetelnego dziennikarstwa zwłaszcza w tak trudnym temacie, jak walka ze smogiem. A bez rzetelnego dziennikarstwa i dobrze opłacanych dziennikarzy, niestety, smogu niestety nie zwalczymy. Pora nareszcie sobie ten związek przyczynowo-skutkowy uświadomić – dziś bylibyśmy w kwestii powietrza w dalece innym miejscu, gdyby od 2013 roku dziennikarze mieli czas na żmudne drążenie tego, co jest nie tak z walką ze smogiem w gminach ościennych.

Jakub Łoginow

Wesprzyj niezależne dziennikarstwo – polub stronę „Port Europa Kraków” i zachęć do tego znajomych: www.facebook.com/porteuropa.krakow