Friday, Jan 20th

Last update:06:23:52 PM GMT

You are here:

Please enable JavaScript!
Bitte aktiviere JavaScript!
S'il vous plaît activer JavaScript!
Por favor,activa el JavaScript!
antiblock.org

Pociąg na wojnę

Email Drukuj PDF
Ocena użytkowników: / 4
SłabyŚwietny 

Fot. www.dt.ua

Twój pociąg do Doniecka spóźni się jakieś trzy godziny od rozkładu. Pasażerów będzie niewiele, a jedyny pasażer, który jedzie z Tobą w przedziale, wysiądzie w nocy w Dniepropietrowsku. W mieście będzie gorąco. Powszednio. Głośno.

 

Później się dowiesz, że dworzec – to jedyne wciąż jeszcze zatłoczone miejsce.

Wbrew oczekiwaniom, nikt nie zwróci uwagi na przybyszów z Kijowa. Nikt nie sprawdzi dokumentów, ani bagażu. Z ulgą wsiądziesz do zwykłego autobusu. Ostrożnie upewnisz się co do trasy.

Ale nikt się nie zapyta, skąd jesteś i po co.

Po drodze zauważysz bannery DNR (Doniecka Republika Ludowa) obiecujące swobodę gospodarczą i władzę ludu. A tuż obok - ogłoszenia po ukraińsku, a nawet wiele niebiesko-żółtych konstrukcji wzdłuż jezdni, pozostałych jeszcze z pokojowego życia.

Sklepy w dzielnicach mieszkaniowych okażą się otwarte. W nich - zwykły, choć trochę zubożony zestaw artykułów. Nadal można zapłacić kartą kredytową, ale bankomaty są puste. Na przystankach usłyszysz język ukraiński, a nawet rozmowy o armii - tutaj, jak i wszędzie, współczują żołnierzom z sektora D (ugrupowanie ukraińskich wojskowych oddziałów wzdłuż granicy z Rosją, zaciśniętych pomiędzy terrorystami DNR i LNR i granicą z Rosją, z-za której byli ostrzeliwani Gradami - system wielokrotnego uruchomienia rakiet – Y.T.).

Kiedy wybuchnie po raz pierwszy - gdzieś daleko, głucho, ale bardzo mocno – wzdrygniesz się tylko Ty. Inni zdążyli się przyzwyczaić: na tyle, że nie potrafią już nawet dokładnie powiedzieć, kiedy w mieście zaczęła pracować ciężka artyleria. Na początku ona brzmiała tylko w nocy - DNRowcy strzelali w kierunku zbliżającej się od strony Marjinki i lotniska armii, a wojskowi odpowiadali. Następnie taka wymiana stała się zwyczajna i w godzinach porannych. A teraz - nawet w ciągu dnia. Przy tym jednak, jest mało prawdopodobne, że zobaczysz w Doniecku zniszczone domy. Na moment Twojego przyjazdu takie budynki będą tylko w przedmieściach. Pojechać tam zabraknie Ci jednak odwagi. Głupia przypadkowa śmierć nie wchodzi na razie do Twoich planów. W dodatku nie jeździ tam transport, a taksówkarzom nie można ufać.

W zamian za to, udasz się na nabrzeże - piękne, duże, szerokie, jak też wiele innego w Doniecku.

Będzie tam niemało ludzi: na rowerach, z wędkami, iPhonami, psami. A także - z bardzo małymi dziećmi. "Co za okropne niedbalstwo" – pomyślisz sobie, wpatrując się w twarze i przysłuchując się rozmowom.

Prawie nikt tutaj nie dyskutuje o wojnie i polityce. Wszyscy usiłują prowadzić zwyczajny tryb życia. Udają, że wszystko jest w porządku. Sortują śmieci, wyprowadzają zwierzęta domowe, przestrzegają zasad ruchu drogowego. Wybuchy wywołują jedynie lekki cień niepokoju na twarzach. To już naprawdę - niebezpieczny nawyk.

Tam zechce Ci się poznać lokalnych wierzących, którzy codziennie o godzinie 18-tej zbierają się z niebiesko-żółtym plakatem i modlą się o zjednoczoną Ukrainę. Ale właśnie w czasie Twojego przyjazdu ich przywódcy zostaną aresztowani. Na nabrzeżu zostanie tylko garstka ich zdezorientowanych przyjaciół.

Natomiast w centrum Doniecka - prawie nikogo.

Wyobraź sobie ogromne miasto w upalne południe. Czasem przejedzie obok samochód. Na placu - tylko złowieszczy Lenin.

I ani duszy wokół.

Skądś podkradnie się staruszek w czapce, z laską i georgiewską wstążka (Pomarańczowo-czarna wstążka, zakładana przez prorosyjskich separatystów – Y.T.). "A co, demonstracji dzisiaj nie będzie?". Ich czas minął, człowieku.

W centrum zamknięte są 90% instytucji i biur. Po ukraińsku przeprasza klientów za niedogodności McDonald. Lecz niektóre restauracje nadal oferują klientom swoje usługi. Administrator zastępuje barmana i kelnera. Nadal serwują zupę-krem z pieczarek. I tylko nie ma mojito – mięta się skończyła.

Tam, jak i w innych miejscach, spotkasz miejscowych – ludzi sukcesu, mądrych, ładnych. Początkowo ostrzy, opowiedzą Ci o zarzutach do władz w Kijowie – że nie umiała zaangażować na swoją stronę miejscowych funkcjonariuszy, że niewystarczająco aktywne prowadziła negocjacje na początku konfliktu, że nierozsądnie nastraja przeciwko sobie cywili i niemądrze dowodzi armią. Po rozbiciu lodów zaś opowiedzą, jak karmią tych, którzy nie mają za co żyć (w mieście nie ma już więcej ani pensji, ani emerytur, ani świadczeń socjalnych), jak prowadzą ewakuację tych, którzy nie mogą wyjechać samodzielnie - kobiet w ciąży, osób starszych, dzieci. A gdy już zaczną Ci ufać - jak lubią swój największy, najnowocześniejszy i jeszcze, pomimo kijowskich opowieści, napełniający państwowy budżet, Donbass. Dlatego nie mogą stąd wyjechać, dopóki zostaje tu przynajmniej ktoś, kto potrzebuje pomocy.

Jest takich wielu. W jednym z akademików - prawie 1200. Z nich 60% - to dzieci. Ich wszystkich bojownicy zebrali tu z Szachtarska i innych miast. Władze lokalne przekazały im w ramach pomocy herbatniki i jedzenie dla niemowląt. Brakuje nawet chleba. Wolontariuszy i pieniędzy brakuje również. Ty, oczywiście, zostawiasz tu całą gotówkę - na jedzenie. A gdy usłyszysz kolejny wybuch, i wszystkie kobiety i dzieci z ganku i podwórka zbiegną się w pośpiechu do środka budynku, zdasz sobie sprawę, przez co przeszły i jakie są przestraszone. Kalaboracjoniści? Separatyści? "Wata"? - Zwykli ludzie, którzy znaleźli się pomiędzy młotem i kowadłem.

Pomimo faktu, że ktoś przewozi miastem, ustawia i strzela z  przenośnych przeciwlotniczych zestawów rakietowych, zapraw, lub jak twierdzą miejscowi, Gradów, prawie nigdzie nie zobaczysz tych, których nazywają bojownikami. I jakkolwiek ciężko to przyznać – tak właśnie jest. 85% wojskowych z batalionów DNR, jak wierzą w Doniecku, to miejscowi. Byli koledzy, sąsiedzi donieckich znajomych.

DNRowcy mieszkają głównie na ufortyfikowanych bazach w różnych częściach miasta. Można ich zobaczyć w większości z nielicznych przejeżdżających miastem samochodach. Oraz w centrum. Przechodząc obok nich z wołyńskim zameldowaniem w paszporcie, na pewno poczujesz nieprzyjemne zimno, rozchodzące się w nogach. Ale w tej chwili Ty ich nie obchodzisz.

Nieco później, kogoś z bojowników na pewno można zauważyć przy kawie z gazetą w kawiarni z klimatyzacją. Jak głupi utkniesz wpatrując się. Kim on jest? Gdzie "służył"? Kogo zabił?

Kiedy zrobi się ciemno i cywile zaczną szybko rozchodzić się po swoich domach - po 22-giej lepiej się nigdzie nie pojawiać - w restauracjach pojawi się więcej mężczyzn w kamuflażu oraz ładnych dziewczyn obok nich. Palą fajki, śmieją się. I nawet mięta w mojito już jest.

A tymczasem na obrzeżach miasta starszym ludziom dają jedno jajko na dwie osoby.

Po dniu tępego napięcia, strachu, bolesnego przeczucia nieszczęścia, wychodzisz z przyjacielem na papierosa na balkon, nawet jeśli normalnie nie palisz. "Hmm .. coś się dzisiaj spóźniają – spokojnie zauważy on, mieszkaniec jednego z niebezpiecznych rejonów, patrząc na zegarek.

I salwa – znowu głuchy i mocny, nie zmusi na siebie czekać. To bardziej przypomina trzęsienie ziemi niż grzmot.

Po 10 minutach ktoś odpowie - dosłownie nad domem przeleci straszny świst. Rano dowiesz się, gdzie trafiło. Na szczęście nikt nie został ranny.

W Doniecku zaczniesz nie tylko palić, ale również popijać. Obserwować na trzeźwo wyginięcie milionowego miasta – to zbyt bolesne.

Wyjeżdżać będziesz z ciężkim sercem, czując, że zostawiasz w nieszczęściu ponad 400 tysięcy osób, i ze stosem numerów do nowych znajomych.

Na dworcu, będzie wiele pasażerów z dziećmi, walizkami, psami. Sceny pożegnania. Nigdy nie widziałeś, żeby syn tak całował matkę.

W pociągu do Kijowa wszyscy, oprócz Ciebie, będą miejscowymi. Zaczną wzdychać, spać niespokojnym snem i wiele razy pytać o liczbę kontroli dokumentów w Kijowie. Nie uwierzą, że żadnych kontroli nie będzie. Tak jak i Ty, nie będą w stanie wyobrazić sobie, że pociąg przyjeżdżający z wojny, ani razu nie zostanie sprawdzony w stolicy. Ty, jak nigdy nic, wyjdziesz z wagonu i zanurzysz się w tłumie.

Na całym kijowskim dworcu, nikt poza Tobą samym nie wie, co to za ulga znaleźć się tam, gdzie każde miejsce jest bezpieczne i nie prowadzi do piwnicy. Już na peronie dowiesz się, że zaraz po Twoim odjeździe jedna z walczących stron trafiła pociskiem do kolonii karnej, a następnie - do jednego z biurowców w centrum Doniecka. Że w mieście znikła woda. I że ostrzelano samochód z bojownikami. I że rozstrzelali kolumnę z przesiedleńcami. I jeszcze, że ...

A wieczorem przeczytasz u donieckiego znajomego kwintesencję tego, dlaczego w donieckim piekle, dokąd wciąż jeszcze można dojechać zwykłym pociągiem, nadal zostają ludzie: "Jeździliśmy dzisiaj na Tekstilszczik odwiedzić koty i psy. Czy to głupi uczynek - przejechać przez całe miasto, przez zaminowany wiadukt po to tylko, by odwiedzić zapchlone zwierzątka, pozostawione pod opieką nieostrożnego sąsiada? Nie. Nie głupi. To jest moje miasto. Moje. Nie Rinata (Achmetowa, miejscowego oligarchi – Y.T.), nie DNRa, nie całych tych śmieci genetycznych z AK i Gradami, ani nawet zbawicieli ZSU. Jest moje, k... Moje."

Żródło: http://nvua.net/opinion/bereza/Poezd-na-voynu-8027.html
Data publikacji: 18.08.2014  
Поезд на войну (Анастасия Берёза - Корреспондент отдела Страна, НВ)

Autor:  Anastasiia Bereza
Tłumaczenie za zgodą autora:  Yuliya Tarnavska

Dodaj komentarz

Kod antysapmowy
Odśwież

Spodobało się? Jesteś tu pierwszy raz? Zostań z nami na dłużej! Zapisz się na newsletter (w każdej chwili możesz się wypisać) i polub naszą stronę na Facebooku:

www.facebook.com/porteuropa.eu

Wpisz swój adres e-mail.
Będziesz otrzymywał nasz newsletter.
adres e-mail
Miasto