/Ukraińska poezja śpiewana

Ukraińska poezja śpiewana

Niezwykłym zjawiskiem we współczesnej kulturze ukraińskiej jest niespotykana w Polsce symbioza muzyki popularnej z poezją. I nie chodzi tu o coś co znamy pod polskim pojęciem poezji śpiewanej – choć także i w tym klimacie zdarza się usłyszeć teksty ukraińskich poetów – ale ważniejszy tu jest dobry rock w zupełnie różnych wydaniach, punk, reggae czy nawet elektronika. W ten sposób jest realizowany antyczny ideał liryki – tylko, że na dzisiejszej Ukrainie lirę, jako główne narzędzie we wspieraniu poezji, zastąpiła gitara elektryczna.





Należałoby zacząć chyba od albumu Skrynia. Wiktor Morozow spivaje ukrajin’sku poeziju („Skrzynia. Viktor Morozow śpiewa ukraińską poezję”) z 1989 roku. Akurat ten album ma tradycyjną dość formę, Morozow to bard z gitarą, ciekawy jest jednak repertuar wierszy dobrany przez muzyka, który z tytułowej skrzyni wyciągnął zakazanych i zapomnianych w ZSRR poetów ukraińskich – twórców lat 20-tych (Pavlo Tyczyna), lat 60-tych (Wasyl Symonenko, Lina Kostenko) ale przede wszystkim jeszcze wtedy niezbyt znanych, niepublikowanych, młodych antysystemowych poetów – Oleha Łyszehę, Jurija Andruchowycza i Viktora Neboraka. Sam tytuł płyty nawiązywał do samwydawnego almanachu literackiego „Skrynia” z lat 70-tych wydanych przez nieformalne środowisko lwowskich twórców, do którego należał również Morozov – który w wyniku pojawienia się owej broszury pożegnał się z uniwersytetem.

W 1990 roku, na scenie pojawił się zespół Płacz Jeremiji (Lament Jeremiasza) założony we Lwowie przez Tarasa Czubaja. Nie bez związku z Morozowem – bowiem razem z liderem „Płaczu…” działali wcześniej we lwowskim kabarecie Ne żurys’ (Nie smuć się). W utworach nowego zespołu znowu pojawia się ukraińska poezja lat 70-tych i 80-tych, ale w tym przypadku w zupełnie innej stylistyce. Na pierwszym albumie zespołu „Dweri kotri nasprawdi je» (Drzwi, które istnieją naprawdę) usłyszymy rock – psychodeliczny, eksperymentalny. Twórczość Płaczu… bywa czasem obrazoburcza – jak np. w jedynym własnym tekście Tarasa Czubaja „Pam’jatnyk» (Pomnik) gdzie wokalista śpiewa: „Lubię Szewczenkę (wieszcz ukraiński otoczony kultem nieporównywalnym do żadnego z polskich literatów- przyp. autor) /To Taras tak jak ja/ to poeta jak ja/jest śpiewakiem jak ja/jest Kobzarzem jak ja” – teksty w tym stylu działaczy narodowych musiały niezwykle szokować. Płacz Jeremiji przy kolejnych płyty tracił zęby i odchodził od nowatorskiego brzmienia (na pierwszych albumach brzmią jakby do Lwowa przyjechali prosto z Nowego Jorku) jednak ciągle śpiewał poezję – przede wszystkim wiersze ojca wokalisty – Hryhorija Czubaja – jednego z najwybitniejszych ukraińskich poetów, tworzącego w latach 60-tych i 70-tych, o którym gdyby nie Płacz Jeremiji właściwie słyszeli by wyłącznie znawcy literatury. Tekstami piosenek Płaczu były także wiersze kilku innych ukraińskich poetów nowej generacji – tak jak utwór „Wona” (Ona) napisany przez poetę Kostię Moskalcia – który został chyba największym rockowym hitem lat 90-tych na Ukrainie, ballada tak nostalgiczna, że poeta Serhij Żadan, jak wspomina, „płakał już na próbie”.

Z tworzenia muzyki do wierszy ukraińskich poetów jest również znany lwowski „Mertwyj Piven’” (Martwy Kogut), który przebył odwrotną drogę od Płaczu Jeremiji – od kompozycji łagodniejszych, jak z pierwszego albumu „Eto” – z wielkim hitem „My ne pomrem u Paryżi” (My w Paryżu nie umrzemy” na tekst Natalki Biłocerkewec’ – do rockowej gry z pazurem – np. na świetnym krążku „Pisni Mertwoho Piwnia” (Piosenki Martwego Koguta). Album ten powstał jako wynik przyjaźni zespołu z poetą Jurijem Andruchowyczem. Ten ostatni, gdy po kilkunastoletniej przerwie w pisaniu wierszy powrócił do tego procederu – postanowił pisać wiersze nierymowane i nierytmiczne – i na przekór zespołowi, który dotąd wiele jego wierszy wyśpiewywał, te mało piosenkowe teksty zadedykował zespołowi, wydając je w albumie „Pisni dlia Mertvoho Piwnia” (Piosenki dla Martwego Koguta). Zespół z utworami sobie poradził i do gorzkich tekstów pisarza, który przekroczył czterdziestkę, dopisał muzykę w podobnym klimacie – gitarową, nawiązującą brzmieniem do lat 90-tych, ale lekko ponurą i nieco pijacką.

Andruchowycz sam zawsze wspomina, że muzyka inspirowała go do tworzenia i właściwie była dla niego nie mniej ważna niż poezja (jeden z jego wierszy nosi nazwę „Z chęcią bym umarł gdyby nie muzyka – Ja ochocze by pomer, jakby ne muzyka). I w końcu zrealizował swoje młodzieńcze marzenie, zostając wokalistą zespołu. Wokalistą w cudzysłowie, bo na albumach nagranych wspólnie z polską grupą Karbido czyta swoje wiersze. W przeciwieństwie do śpiewania (co zdarza mu się podczas tych nagrań raz i lepiej tego nie słuchać), w czytaniu i interpretowaniu swoich wierszy jest niesamowity – technikę wypracował przez długie lata np. występów z poetyckim ugrupowaniu Bu-Ba-Bu, której członkowie zwracali uwagę właśnie na tworzenie wierszy, które doskonale brzmiałyby przy głośnej lekturze. Polscy muzycy do wierszy pisarza dodali niekiedy muzykę, niekiedy efekty dźwiękowe, które dodają im nowej jakości. Ze wszystkich opisanych tu prób umuzyczniania ukraińskiej poezji jest to najbardziej dostępny dla Polaków – bo nagrywany również w polskiej wersji językowej.

Swój zespół utworzył także drugi członek Bu-Ba-Bu – poeta Wiktor Neborak. Grupę, która wydała tylko jeden album – Strachytliwi urodyny (Straszne urodziny) nazwał Neborock (gra słów Niebo, rock i nazwiska poety). Twórczość poety aż prosiła się o muzykę – bo poeta ten zawsze eksperymentował z brzmieniem słów, posiada też niezwykle mocny i basowy głos, którym wyróżnia się spośród ukraińskich poetów, a swojemu zespołowi nadaje charakter prawie metalowej grupy. Poprzez absurdalne teksty zaś czyni z Neborocku najdziwniejszą, najbardziej psychodeliczną ukraińska grupę rockową.

Z grona wielu ukraińskich poetów, do którego wierszy dopisano muzykę wyróżnia się Serhij Żadan. Pierwszym z albumów, na którym pojawiły się jego teksty była składanka Chor Monhols’kych milicioneriv (Chór mongolskich milicjantów) z udziałem zespołów głównie z Charkowa (skąd pochodzi Żadan) i Dnipropetrowska. Te grupy łączy przynależność do sceny alternatywnej oraz śpiewanie tekstów poety, natomiast na pewno nie styl muzyczny – bo na albumie znajdziemy zarówno Liuk – z lekko popowym i elektronicznym brzmieniem, bardzo ciekawe, ale mało znane indie-rockowe More Sniw (Morze Snów), czy też folkową grupę Ojra. Jednak najciekawiej na albumie wypada charkowski Orkestr Cze (Orkiestra Che). Jej członkowie sami określają swój styl muzyki jako art-rock, a w instrumentarium grupy wchodzi klarnet, skrzypce i darbuka. Jednak ta płyta tylko zaczęła przygodę Żadana z muzyką. Razem z grupą Sobaky w Kosmosi, która również przygotowała jedną piosenkę na „Chor…”, poeta nawiązał dłuższą współpracą. Zaowocowała ona już dwoma albumami – „SKA – Sportywnyj klub armiji” (Sportowy Klub Wojska) oraz „Zbroja proletariatu” (Broń proletariatu). Na pierwszym żadanowskim recytacjom towarzyszy głównie ska i reggae, na drugim albumie, który pojawił się na jesieni tego roku, poeta dużo więcej śpiewa (czy też rapuje) a w podkładzie muzycznym dominują klimaty punk-rockowe i funkowe. Interesująca jest też tematyka dobranych wierszy – robotniczo-rewolucyjna – jak powiedział Żadan – „z dokładną instrukcją do działań” (np.: „Ucz się historii/przygotowuj rewolucję/opuść aulę/wychodź na ulicę”). Znajdziemy tu bezkompromisową krytykę, nawet wyśmiewanie polityków (także wymienianych z nazwiska) i realiów społecznych na Ukrainie. Brzmi to tak wiarygodnie i wydaje się, że gdyby w najbliższym czasie nad Dnieprem wybuchła by rewolucja to Sobaky w Kosmosi i Żadan zostaliby jej bardami.

Można podawać jeszcze wiele przypadków współpracy na linii muzyka-literatura na Ukrainie – realizowane przez Irenę Karpę, Kozak System (który nagrał piosenkę z poetą Dmitrijem Lazutkinem), czy też psychodeliczne eksperymenty Jurija Izdryka i Hryhorija Semenczuka pod nazwą DrumTyAtr. Jedno jest pewne – na Ukrainie dobrej rockowej muzyce towarzyszy dobra współczesna poezja.

Maciej Piotrowski