/Zakarpacie zburzyło swój mały Mur Berliński

Zakarpacie zburzyło swój mały Mur Berliński

Najstarsi mieszkańcy zakarpackiej wioski Selmence do końca życia zapamiętają niewinną z pozoru imprezę z 1946 roku. Przed sześćdziesięcioma laty poszli oni do swych sąsiadów w zachodniej części wsi i zabawili tam całą noc. – Kiedy nad ranem wracaliśmy do domu, raptem zastąpił nam drogę jakiś żołnierz – sędziwa Węgierka dobrze pamięta zdarzenia z 1946 roku. – Jakież było nasze zdziwienie, kiedy powiedział nam, że nie możemy iść dalej, bo… teraz jest tu granica państwowa. W końcu nas puścił, ale nie wszystkich. Musiałam rozstać się ze swoim chłopakiem – on został w słowackiej części Selmenców, ja w ukraińskiej.





Dopiero po latach, kiedy umarł Stalin, mogliśmy podchodzić do zasieków granicznych, które rozdzieliły wieś na dwie części. Podchodzić na 15 metrów do granicy i krzyczeć, bo wcześniej nie pozwolono nam nawet zbliżać się do drutu kolczastego, postawionego nie wiadomo czemu w tym właśnie miejscu.

W ciągu kilku dziesięcioleci mało kto wiedział o istnieniu tego „małego muru berlińskiego” na końcu świata. W Związku Radzieckim i bratnich krajach o takich problemach się nie pisało. Ale nawet upadek komunizmu nie przyniósł upragnionego zjednoczenia. – Dostaliśmy wtedy paszporty i mogliśmy nareszcie odwiedzić sąsiadów i rodzinę zza ogromnego płotu. Problem w tym, że do najbliższego przejścia granicznego w Vysznem Nemeckiem – Użhorodzie było ponad 20 km – wspomina Ludovit Toth, starosta słowackiej części Selmenców. – A dojechać nie za bardzo jest czym: autobusów mało, jechać trzeba z przesiadkami, a na własny samochód mogą sobie pozwolić nieliczni. Ludzie u nas biedni, bezrobocie sięga 30%. Ale to i tak lepiej, niż u nich. Tam chyba każdy jest bez pracy… – pan Ludovit pokazuje ręką w stronę symbolicznej drewnianej bramy w centrum wsi, za którą zaczyna się już Ukraina.

Mieszkańcy obu części podzielonej wioski przez ostatnie kilkanaście lat nie tracili nadziei na zjednoczenie. – Pisaliśmy skargi do Bratysławy, naszym przypadkiem zainteresowali się dziennikarze i nawet pewna osoba z Rady Europy – wspomina słowacki starosta. – Nie pomagało. Aż nagle władza zrobiła nam prezent na gwiazdkę. Po tylu latach w końcu otworzyli nam to przejście. Czemu wcześniej nie chcieli, a teraz raptem się zgodzili, tego nie wiem – pan Ludovit wydaje się być rzeczywiście zdziwiony intencjami dalekiej władzy.

Przejście graniczne Mali Selmenci – Velke Slemence działa od grudnia 2005 roku. Mieszkańcy mają nadzieję, że ożywi ono gospodarkę odgrodzonej od reszty świata wsi. Rzeczywiście, kiedy na użhorodzkim dworcu pytałem, jak dojechać do Selmenców, panie w kasie nawet nie bardzo wiedziały, gdzie to jest. Pomógł mi dopiero przypadkowy kierowca busa Użhorod – Czop. – Niech pan wsiada, wysadzę pana po drodze i dalej musi pan iść piechotą – mówi. Nareszcie. Jechaliśmy szybko, odremontowana droga Użhorod – Budapeszt na to pozwalała. Pagórkowaty krajobraz stolicy Zakarpacia szybko ustąpił miejsca niezalesionym równinom. Gdyby nie wyłaniająca się zza chmur imponująca ściana Karpat, zdawałoby się, że trafiłem w polskie Żuławy. – To tutaj – przerwał moje rozmyślania kierowca.

Droga nie była długa, szedłem może godzinę, ale monotonne krajobrazy okazały się trochę nużące. Prosta droga, przecinająca podtopione łąki i liczne kanały, zdawała się nie mieć końca. Tylko od czasu do czasu przejechał jakiś samochód, a ludzi nie spotykałem w ogóle. Sjurte, Pallad-Komariwci, Mali Selmenci – w mijanych wioskach ciekawymi były tylko ich oryginalne, jak dla mnie, węgierskie nazwy. Wszędzie takie same murowane domy – ani ładne, ani brzydkie, nie bogate i nie biedne. Poza tym zabłocona droga i prawie żadnych oznak życia. Spojrzałem na zegarek – było po dziesiątej. Czyżby wszyscy jeszcze spali?
Wioska – jak wioska. Ustawione co dwadzieścia metrów domy szczelnie osłaniają dwie strony centralnej ulicy. W pewnym momencie zza zakrętu wyłania się biały płot, szlaban, dwa świeżo postawione baraki. Granica. Płot rozdziela na równe części podwórko dwóch sąsiednich domów, oddalonych od siebie o jakieś trzydzieści metrów. Pokazuję paszport, celnicy dokładnie sprawdzają, czy nie przewożę narkotyków, i już jestem na Słowacji. Prawdę mówiąc, nie zauważyłem różnicy.

W Selmencach niby ten sam krajobraz, takie same domy, jak w innych mijanych wcześniej wioskach. Ale… jednak coś się zmieniło. Już wiem – sklepy. I kręcący się wokół nich ludzie. Po drodze nie widziałem ani jednego sklepu, a tu od razu kilka. Zadbane, w środku cały asortyment towaru. Niektóre pełnią równocześnie funkcję kawiarni. Wchodzę. Młoda, urodziwa dziewczyna z uśmiechem wita mnie po węgiersku. „Dobryj deń, czy można u was napytysia kawu” – pytam. Na dźwięk ukraińskiej mowy dziewczyna trochę się zdziwiła, ale bez problemu odpowiedziała w tym języku. Zresztą, z mieszkańcami dogadywałem się łatwo – w Małych Selmencach wszyscy dobrze mówią po ukraińsku, a w ich sąsiedzi z Wielkich Slemenców płynnie znają słowacki.
Sklepy otworzyli niedawno, po uruchomieniu wiejskiego przejścia granicznego. Co ciekawe: wystroju i obsługi nie powstydziłby się nawet kawiarnie w centrum Użhoroda albo Michałowic. Za to ceny – zadziwiająco niskie. Filiżanka kawy kosztowała mnie tylko hrywnię (wówczas 60 groszy). Nic dziwnego – słowaccy mieszkańcy Selmenców do zamożnych nie należą, a to właśnie oni przychodzą tu codziennie po pracy pogadać z sąsiadami, wypić piwo albo sto gramów. A przy okazji zrobić codzienne zakupy, bo na Ukrainie zawsze trochę taniej. Zresztą co innego można tutaj robić, na tym sennym końcu świata?

Jakub Łoginow

Tekst powstał w 2006 roku, w kilka miesięcy po otwarciu pieszego przejścia granicznego. Obecnie przejście jest bardzo popularne, korzystają z niego mieszkańcy także odległych rejonów Zakarpacia czy Kraju Koszyckiego, ze względu na możliwość względnie szybkiego przekroczenia granicy. Przybyło tu sklepów, pojawiły się bezpośrednie połączenia autobusowe z Użhorodu, dziś na pytanie o przejście w Selmencach nikt już nie zareaguje ze zdziwieniem, gdzie to jest. Szkoda tylko, że od tego czasu nie powstało żadne nowe przejście graniczne na ukraińsko-słowackiej granicy – a plany były dość ambitne…
Na temat podzielonej wsi powstał słowacki film „Hranica” – warto obejrzeć, polecamy!:
https://pl.wikipedia.org/wiki/Granica_(film_2009)