„Po co robić koncert w środku zimy”, „nikt nie przyjdzie”, „przenieśmy koncert urodzinowy na lato” – jeszcze kilka dni temu gdyński internet pełen był takich sceptycznych opinii. Mimo to, na koncert urodzinowy przyszły tłumy – zarówno mieszkańców miasta, jak i gości. Radny Łukasz Piesiewicz napisał o tym, jak bardzo takie wydarzenia potrzebne są gdyńskiej branży gastronomicznej, która zimą przeżywa trudny okres ze względu na sezonowość ruchu turystycznego. W dyskusji internetowej pojawił się pomysł, by koncert zapoczątkował nową gdyńską tradycję i stał się zalążkiem dyskusji o wydłużaniu sezonu turystycznego, co jest potrzebne Gdyni „na wczoraj”.
Idźmy zatem za ciosem i porozmawiajmy jeszcze raz o tej sezonowości. Natury nie oszukamy – to oczywiste, że najwięcej turystów zawsze będzie przyjeżdżać do Gdyni w wakacje, nieco mniej – późną wiosną i wczesną jesienią, a zimą i w listopadzie będzie ich najmniej. Ale najmniej, to nie znaczy, że wcale. Dobrym przykładem wydłużania i spłaszczania sezonu jest Gdańsk, do którego przyjeżdżają tłumy przez cały rok, by zwiedzać zabytki i się zabawić. Gdańsk nie byłby sobą gdyby nie nadmorskie położenie, a jednak potrafił stworzyć ogólnoświatową markę jako ciekawego miasta na city-break, podobnie jak Kopenhaga, Amsterdam czy Sztokholm. Dlaczego zatem w Gdyni jest tak pusto, dlaczego miasto nie korzysta chociażby z sąsiedztwa Gdańska? Ewidentnie coś trzeba z tym zrobić, a coroczny koncert 10 lutego byłby krokiem w dobrym kierunku.
Budując markę turystyczną Gdyni nie powinniśmy jednak popełnić błędów Gdańska czy Krakowa skutkujących negatywnymi efektami turystyfikacji czy też over-tourismu. Wiedzą o tym doskonale mieszkańcy Wyspy Sobieszewskiej, którym na siłę wciska się betonowe klocki – apartamentowce inwestycyjne na wynajem, niszczące przyrodę i autentyczny charakter Wyspy, a równocześnie nie przynoszące korzyści jej mieszkańców. Na apartamentowcach zarabia kapitał z Warszawy, koszty społeczne ponoszą miejscowi mieszkańcy, a korzyści – zerowe. W odróżnieniu od profesjonalnych hoteli, pensjonatów i sanatoriów apartamentowce nie generują miejsc pracy – ani na recepcji, ani w działach marketingu, bo wszystko jest zautomatyzowane i jednoosobowe. Dlatego Gdynia powinna raczej ograniczać najem krótkoterminowy, natomiast wszelkimi możliwymi sposobami wspierać sprofesjonalizowaną bazę noclegową (większe hotele, pensjonaty, sanatoria) – taką, która generuje możliwie dużo miejsc pracy, również tych ambitniejszych, dla osób po wyższych studiach i z większymi oczekiwaniami zawodowymi, niż praca na zmywaku za minimalne wynagrodzenie na śmieciówce.
Planując rozwój gdyńskiej turystyki należy pomyśleć nie tylko o biznesie, ale przede wszystkim o potencjalnych pracownikach – w tym absolwentach gdyńskich uczelni. Uniwersytet Morski w Gdyni od wielu lat kształci specjalistów na kierunku zarządzanie o specjalności „turystyka i hotelarstwo”. Profesjonalne kadry, dobra uczelnia, kilka lat studiów. Gdzie ci absolwenci mają później pracować, skoro samorząd robi wszystko, by praca w turystyce ograniczała się jedynie do sprzątania lub czerpania zysków z najmu krótkoterminowego, o ile jest się właścicielem apartamentu? A gdzie możliwości pracy w marketingu, gdzie jakaś atrakcyjna ścieżka kariery dla absolwentów, którzy chcieliby aktywnie współtworzyć politykę miasta w obszarze turystyki? Gdzie praca dla osób kreatywnych i wykształconych?
Dodajmy, że miasto atrakcyjne turystycznie to również takie, które umiejętnie rozwija swoje dzielnice w takim kierunku, by ze zwykłych i zaniedbanych miejsc zrobić miejsca atrakcyjne zarówno dla turystów, jak i mieszkańców. A tu potencjał Gdyni jest niemal nieograniczony. Ilu turystów wie, że atrakcją Gdyni jest nie tylko strefa nadmorska, ale także wzgórza i lasy Trójmiejskiego Parku Krajobrazowego? Ludzie wyjeżdżają z betonowego Krakowa czy Warszawy, by pochodzić po lesie, a w Gdyni mają go niemal w centrum miasta. Krajobrazy lasu na Grabówku czy Demptowie niemal nie różnią się od krajobrazów Bieszczadów, a Gdynia tego zupełnie nie wykorzystuje. „Gdyńskie Bieszczady” mogłby być ogólnopolską marką – a ja chętnie zostałbym ambasadorem i menedżerem tej marki. Dlaczego dla osób, które mają takie pomysły i chciałyby je realizować, miasto nie mają żadnej oferty, żadnej ścieżki kariery i zatrudnienia? A przecież byłaby to marka całoroczna, a zwłaszcza zimowa i jesienna. W dodatku taka forma turystyki, na której powinno nam najbardziej zależeć – przyciągająca ludzi aktywnych, nieuciążliwych, w dodatku rozpraszająca ruch turystyczny poza ścisłe centrum i strefę nadmorską.
Gdyńskie lasy, wzgórza, trasy spacerowe są motywem totalnie niewykorzystanym. Jest co prawda żółty szlak turystyczny, ale kto o nim wie, kto o nim informuje? Punkty widokowe, temat-samograj, są totalnie nieoznakowane i niepromowane jako atrakcja turystyczna. Nawet sąsiednia Rumia dostrzegła potencjał w swojej Górze Markowca, a Gdynia, posiadająca dużo więcej takich atrakcyjnych miejsc, w różnych dzielnicach?
To samo można powiedzieć o turystyce rowerowej, rolkarskiej, a podczas śnieżnych zim – o narciarstwie biegowym. Przecież przy tak długo ciągnącej się śnieżnej zimie, temat gdyńskiego narciarstwa biegowego powinien być obecny w ogólnopolskich mediach non-stop. Sam jako ambasador marki co tydzień produkowałbym informacje prasowe i rozsyłałbym je krajowym i zagranicznym mediom, zrobiłbym z tego ciekawy temat life-stylowy. Dziennikarsko to temat-samograj. Dlaczego tego w ogóle nie ma?
Idźmy dalej: techno-turystyka. Mamy w polskim społeczeństwie tak dużą potrzebę wielkich projektów infrastrukturalnych, typu rozwoju kolei i budowy CPK, a Gdynia totalnie nie wykorzystuje swojego portu i statków jako atrakcji turystycznej. Przecież punkt widokowy na kontenerowce pod Estakadą Kwiatkowskiego to kolejny temat-samograj, do którego mogłyby z całej Polski przyjeżdżać tłumy osób interesujących się infrastrukturą. Ale trzeba byłoby zainwestować w otoczenie. Teraz ta okolica wygląda jak jakieś slumsy. Takie miejsca powinny być odpowiednio zadbane, z ogarniętą zielenią, zapleczem gastronomicznym i właściwą promocją. A przecież odpowiednią atrakcję turystyczną można też wykreować na Leszczynkach czy Obłużu Górnym – jakiś taras widokowy z widokiem na port i stocznię, mini-park z kawiarnią, odpowiednio wykorzystany potencjał dzielnic bez uciążliwości dla otoczenia.
W swojej publikacji „Bałtyk przez cały rok” cały rozdział poświęcam też turystyce rolkarskiej, opisując niewykorzystany potencjał Gdyni jako „polskiej Barcelony”. To temat na okres od kwietnia do końca października, czyli całkiem sporo. Rolkarze uwielbiają przyjeżdżać nawet do innego kraju, by pojeździć sobie na rolkach nad wodą – stąd popularność Barcelony jako miejsca do którego Polacy latają, by pojeździć tam sobie na rolkach. Potencjał turystyki rolkarskiej dostrzegły nawet Katowice, które zainwestowały w tamtejszą popularną rolkarską miejscówkę – Dolinę Trzech Stawów. W Rzeszowie jeździ się nad Wisłokiem, w Krakowie – nad Zalewem Nowohuckim i nad Wisłą, a pieniądze zostawia się w tamtejszych knajpkach nawiązujących stylem do plaży, palm i wakacyjnych klimatów. Gdynia w tym kontekście to kolejny potencjalny samograj – a do tego jeszcze możliwość jazdy po unikalnym modernistycznym Śródmieściu i uliczkach portu. No ale to trzeba by wzorem Krakowa stosować równą nawierzchnię chodników i budować pełnoprawne drogi rowerowe, zamiast wyznaczania pasów rowerowych w jezdni. Tak oto Gdynia traci swoje szanse, a gdyńscy przedsiębiorcy z branży gastro – szansę na godny zarobek również poza wakacyjnym sezonem.
Jakub Łoginow
Dołącz do grupy
Zielona i morska Gdynia | Facebook
Kup mój ebook:
Bałtyk przez cały rok. Jak wydłużyć sezon turystyczny i przyciągnąć gości ze Słowacji i Czech
