Z zainteresowaniem obejrzałem niedawny filmik Tomasza Borejzy o Leszku Millerze, w którym autor nazywa go najgorszym premierem III RP i krytykuje za afery korupcyjne. Do napisania polemiki skłonił mnie lekceważący ton, z jakim autor odnosi się do najważniejszego osiągnięcia rządu Leszka Millera, czyli wejścia Polski do UE. Tomasz Borejza twierdzi, że to żadna zasługa tamtego rządu, że i tak byśmy do Unii weszli, bo o tym rzekomo decydowano w Brukseli, a nie w Warszawie. Otóż właśnie nie, a ogromną zasługą rządów Buzka i Millera było niezwykle sprawne i ekspresowe przyjęcie całego unijnego ustawodawstwa – to coś, z czym do dziś nie poradziła sobie Ukraina, Mołdawia, Czarnogóra i Macedonia Północna, mimo że od lat próbują i bardzo chcą. Takich przekazów jak ten Tomasza Borejzy nie można pozostawiać bez odpowiedzi. Rośnie nam bowiem grono zwolenników Konfederacji i innych antysystemowych partii i stowarzyszeń (również lokalnych), które podważają dorobek naszej integracji europejskiej i umniejszają wysiłek, jaki wiązał się z bezprecedensowo szybkim przyjęciem dziesiątek tysięcy aktów prawnych, które zbliżyły nas do standardów zachodnich.
Z filmikiem można zapoznać się tutaj.
Wcale nie musiało być Polski w wielkim rozszerzeniu. Unia mogła się rozszerzyć w 2004 tylko o Czechy, Węgry, Słowenię i Estonię
Autor podkreśla, że jedynym sukcesem Millera było wejście do UE, ale zaraz dodaje, że nie była to jego zasługa. Częściowo racja – w 2001 roku Polska miała za sobą kilka lat negocjacji akcesyjnych rozpoczętych jeszcze przez rząd Jerzego Buzka. Proces harmonizacji przepisów był już zaawansowany – dokładnie tak, jak dziś we wrześniu 2025 ukraińska droga do UE. Problem w tym, że znajdowaliśmy się mniej więcej w połowie drogi i wcale nie było pewne, czy ją ukończymy. Członkostwo nie było „w banku”.
O tym, kto wchodzi do UE, zawsze decydują dwa czynniki: polityka i legislacja. Ten pierwszy jest uznaniowy – niektóre kraje mają łatwiej, bo cieszą się sympatią w unijnych stolicach albo z powodów geopolitycznych są postrzegane jako „ważniejsze”. To pozwala przymknąć oko na braki albo przeciwnie – piętrzyć przeszkody. Polska miała wtedy dobrą prasę, ale podobne „fory” miały Czechy, Węgry, Słowenia czy Estonia. O wiele trudniej mieli natomiast Słowacy, Litwini czy Rumuni. Ukraińcy za Kuczmy wyłączyli się sami, bo… unikali trudnych reform, za które Tomasz Borejza tak krytykuje „liberałów” Balcerowicza i Leszka Millera. Ukraińcy w ogóle nie złożyli wniosku o członkostwo, zrobili to dopiero w 2022 roku, kilka dni po rosyjskiej inwazji. Dzięki ukraińskiej polityce „wielowektorowości” uniknięto na Ukrainie wielu tragedii życiowych za które Krowoderska obwinia polskie elity, ale czy Ukraina na tym zyskała, czy nie lepiej miałaby, idąc drogą Litwy i Polski – jednoznacznie prozachodnią, ale z wyrzeczeniami, takimi jak za Balcerowicza, Buzka, Millera?
Ale ostatecznie nie sympatia decydowała o tym, które państwo wejdzie do UE. Jak w szkole – ulubieńcy nauczycielki mogą dostać piątkę na wyrost, a nielubiany Jaś być odpytywany częściej. Jednak czy zda maturę, zależy od tego, czy się nauczy. Tak samo z UE: decydują faktyczne reformy i przyjęcie tysięcy aktów prawnych.
„Małe” czy „wielkie” rozszerzenie? Polska nie była pewniakiem
Tomasz Borejza zdaje się uważać, że Polska była zbyt duża, by mogła zostać pominięta. To złudzenie. Koncepcje rozszerzenia zmieniały się wielokrotnie. Początkowo zakładano, że w pierwszej fali (około 2000 roku) wejdą państwa Grupy Wyszehradzkiej i Słowenia. Ale później czeskie elity forsowały pogląd, że do UE powinny wejść na początek tylko Czechy, Węgry, Słowenia i Estonia i ten pogląd zyskiwał sympatię w Europie. Polska i reszta miały poczekać kilkanaście lat, problemem była polska bieda, korupcja, złodziejstwo (słusznie przypominane przez Tomasza Borejzę). A także rolnictwo, będące konkurencją dla unijnego Południa i finansową studnią bez dna.
Dziwi kogoś teraz, że UE mogła się rozszerzyć bez Polski? Przecież dokładnie takie same obiekcje mają dziś Polacy wobec Ukrainy. Prezydent Nawrocki, Konfederacja, a nawet spora część PO i PiS uważa, że wejście Ukrainy do UE wcale już nie leży w jednoznacznym polskim interesie, bo stracą na tym polscy rolnicy. Dokładnie tak samo o członkostwie Polski myśleli wtedy Holendrzy, Austriacy, Belgowie czy Hiszpanie, w pewnym momencie nawet większość Europy – a jedynym sojusznikiem Polski były Niemcy. Tak, te pogardzane dziś przez Polaków Niemcy.
Wielkie rozszerzenie dzięki Niemcom. Holendrzy woleli rozszerzać UE tylko o Czechy i Węgry
Dlaczego wygrał wariant „wielkiego”, a nie „małego” rozszerzenia? Pod względem technicznym, merytorycznym, zadecydowały o tym fakty: potężna praca legislacyjna wykonana przez Polskę, Słowację, Litwę i Łotwę. Te cztery „problematyczne” i zapóźnione wobec Czech i Słowenii państwa wykonały tytaniczną pracę nad przyjęciem unijnych przepisów, czego nie udało się Rumunii i Bułgarii (weszły później). To zasługa rządu Buzka – ale też rządu Millera. Natomiast w kwestiach politycznych, kluczową rolę odegrała postawa Niemiec, naszego największego sojusznika w latach 1990-2005, w tym również za czasów Leszka Millera i Aleksandra Kwaśniewskiego.
Dziś w polskim społeczeństwie panuje hejt na Niemcy, więc mało kto pamięta, że w latach 1990-2005 nasze relacje były ponadstandardowe. Fundamentem niekomunistycznej Polski było polsko-niemieckie pojednanie, zapoczątkowane jeszcze w okresie PRL, a kontynuowane przez premiera Tadeusza Mazowieckiego i kanclerza Helmuta Kohla. Powstawały polsko-niemieckie fundacje, euroregiony, jednostronne niemieckie programy wsparcia dla Polski. W Krakowie efektem tej polsko-niemieckiej przyjaźni było naprawdę głębokie partnerstwo z Norymbergą i niemieckie tramwaje kursujące po ulicach Krakowa.
Te ponadstandardowe relacje polsko-niemieckie nie zrobiły się same i nie były oczywiste, to zasługa tak wyśmiewanej i krytykowanej przez Tomasza Borejzę ówczesnej liberalnej elity spod znaku Unii Wolności, Gazety Wyborczej, SLD i rodzącej się Platformy Obywatelskiej. Rząd Leszka Millera i sam premier osobiście włożyli wiele wysiłku w rozwój tych polsko-niemieckich relacji. Można hejtować sojusz z Niemcami, ale to właśnie on doprowadził nas do UE i do szybkiego wdrożenia zachodnich rozwiązań w wielu kwestiach. Wystarczyłoby, aby polsko-niemieckie relacje w 2001 roku były tak samo chłodne, jak dziś – i do UE byśmy w 2004 roku nie weszli.
Unijne prawo nie przyjęło się ot tak. Mołdawia chce je przyjąć do 2028 roku, Ukraina nie daje rady, Macedonia się ociąga
Rządy Jerzego Buzka i Leszka Millera wykonały tytaniczną pracę nad przyjęciem tysięcy wymaganych przez UE aktów prawnych – ustaw, rozporządzeń, innych aktów wykonawczych. Tomasz Borejza kwituje to w filmie lekceważącym uśmieszkiem, że to nic takiego. Ktoś nieobeznany mógłby tak pomyśleć: rzeczywiście, w czym problem: przecież UE mówi co konkretnie trzeba zmienić i jakie ustawy przyjąć, wystarczy to po prostu przyjąć.
Tyle tylko, że każda taka ustawa to nie tylko formalna zmiana przepisów, ale wszystkie konsekwencje, które się z tym wiążą. Reorganizacja struktur, często zwolnienia, problemy, konieczność totalnej zmiany naszego sposobu życia – również tego na co dzień. Weźmy tylko dwie kwestie – kolej i śmieci. Aby wejść do UE, trzeba podzielić przedsiębiorstwo kolejowe – rozdzielając przewozy od infrastruktury i przewozy pasażerskie od towarowych. Zobaczcie, jak wiele problemów, chaosu się z tym wiązało. Ukraina do dziś się na to nie odważyła i również dlatego jest ciągle daleko od UE. W Polsce zrobiono to źle, Czesi i Słowacy podzielili swoją kolej lepiej, też nie unikając błędów. A śmieci? Wcześniej wyrzucaliśmy wszystko „do jednego wora”, a musieliśmy całkowicie zmienić filozofię gospodarki odpadami, wprowadzić zasadę „zanieczyszczający płaci”, system recyclingu i odzysku. Ukrainie się nie chciało, zrobiła to dopiero 15 lat później, też nie w pełni. Do dziś zachodnie standardy postępowania z odpadami i opakowaniami są przedmiotem hejtu ze strony populistów i zwolenników Konfederacji. Te wszystkie tysiące drobnych spraw musiał przeprowadzić rząd Jerzego Buzka i Leszka Millera, mając świadomość, że każda z tych reform sama z siebie przyniesie efekty za 20 lat (czyli dopiero dziś), a wtedy, w roku 2001, będzie oznaczać tylko kłopoty, koszty i przejściowe pogorszenie jakości życia – bo w tym właśnie jest istota reform (nigdy nie są łatwe i przyjemne, ale kiedyś je ktoś musi zrobić). Może to jest właśnie wyjaśnienie tego co słusznie zauważa w swoim filmie Tomasz Borejza – że za rządów Millera wiele polskich rodzin pogrążało się w biedzie i wcale nie odczuło poprawy? Może właśnie dlatego dziś żyje się nam tak dobrze, w porównaniu do tamtych czasów – a Serbom, Ukraińcom, Macedończykom i Bośniakom wcale nie?
Proszę bardzo – przyjęcie tych wszystkich unijnych przepisów to przecież „nic takiego”, rząd Leszka Millera nie ma tu żadnych zasług, każde państwo by to zrobiło. No to popatrzmy. Serbia, Bośnia i Hercegowina, Albania, Macedonia Północna, Kosowo, Czarnogóra, Mołdawia, Ukraina. Każde z nich aspiruje do UE, niektóre z państw Bałkanów Zachodnich już od wielu lat prowadzą konkretne rozmowy akcesyjne, polegające na harmonizacji ustawodawstwa właśnie. Najbliżej spełnienia unijnych wymogów są Macedonia Północna, Albania i Czarnogóra – kraje, które po dwóch dekadach dialogu techniczno-prawnego z UE nadal osiągnęły mniejszy postęp legislacyjny, niż rząd Millera w latach 2001-2002. Przypomnijmy, rząd Leszka Millera rządził od 19 października 2001 do 2 maja 2004, przy czym ten wysiłek legislacyjny to końcówka roku 2001 (listopad, grudzień) i cały rok 2002. Negocjacje akcesyjne zakończyliśmy na szczycie w Kopenhadze w grudniu 2002. Można więc powiedzieć, że cały rok 2002 to mega intensywna praca nad dostosowywaniem prawa Polski do prawa unijnego – i przez ten jeden rok rząd Leszka Millera osiągnął większy postęp, niż ekipa Petra Poroszenki przez całą kadencję 2014-2019 czy Macedonia Północna przez ostatnie 15 lat. Ale to przecież nic takiego, każdy głupi potrafi, rząd Millera nie ma tu żadnych osiągnięć, co nie?
Mołdawia 2025 jak Polska 2021. Czy naprawdę każdy głupi sfinalizuje wejście do UE tak jak zrobił to Miller?
Dziś w tej samej sytuacji, co Polska z 2001 roku, jest Mołdawia we wrześniu 2025. Kończąca się kadencja prozachodniej partii PAS Mai Sandu jest jak nasz rząd Jerzego Buzka – wykonała już połowę pracy nad harmonizacją prawa i wejściem do UE. 28 września w Mołdawii odbędą się kluczowe wybory parlamentarne, w których sporą szansę na wygraną mają siły prorosyjskie, co w opinii ekspertów może (ale nie musi) zastopować dokończenie harmonizacji prawa i proces wejścia do UE.
Kampania partii PAS opiera się na obietnicy finalizacji wejścia do UE, czyli można powiedzieć, że partia Mai Sandu obiecuje w tej kadencji Mołdawianom to, co w latach 2001-2004 zrealizował Leszek Miller kontynuując dzieło poprzedników.
Konkretna obietnica: w 2028 roku zakończymy proces przystosowania mołdawskiego prawa do prawa Unii Europejskiej, co będzie oznaczać, że w 2028 roku Mołdawia będzie gotowa do członkostwa w UE. Czyli, że przy zgodzie politycznej wejdzie do UE w roku 2028, 2029 lub 2030.
I ta obietnica jest uznawana za mega ambitną, żeby nie powiedzieć – mało realną i na wyrost. A Leszek Miller dokładnie to samo zrealizował – ale to przecież „nic takiego”. Prawda – zaniedbując inne obszary (zwłaszcza wsparcia socjalnego), tolerując korupcję na masową skalę (fun fact: w Mołdawii, Ukrainie i Macedonii Północnej też ona jest).
Czy to mało, czy dużo – oceńcie sami. Czy członkostwo Polski w UE było warte takich wyrzeczeń? Ukraińcy za nie ginęli na Majdanie, a teraz umierają zabijani przez Rosjan. A czy wejście do UE jest warte wyrzeczeń w opinii innych rządów? Władze Serbii, Macedonii Północnej, Albanii i innych europejskich przecież krajów uważają, że nie – harmonizacja prawa to nic ważnego, można z tym poczekać ze 20 lat, a poza Unią też jest fajne życie.
Jakub Łoginow
Wesprzyj nasz portal – kup ebooka:
Słowackie Tatry i inne góry transportem publicznym
Nieznany sąsiad. Podręcznik współpracy polsko-słowackiej
Czytaj też:
