Polacy pracujący jako dziennikarze, tłumacze czy inni freelancerzy dla ukraińskich redakcji i firm od początku 2023 roku coraz częściej napotykają na trudności z otrzymywaniem wynagrodzenia. Powód? Zaostrzone przepisy podatkowe i bankowe w Ukrainie oraz wymóg posiadania oficjalnej papierowej wersji ukraińskiego identyfikacyjnego numeru podatkowego (tzw. РНОКПП).
Jeszcze do niedawna wystarczyło, aby cudzoziemiec posiadający konto w ukraińskim banku podał sam numer identyfikacyjny. Redakcje i księgowość przelewały honoraria w hrywnach bez dodatkowych formalności. Jednak po zmianach wprowadzonych przez Narodowy Bank Ukrainy oraz Państwową Służbę Podatkową procedury zostały zaostrzone. Teraz każda wypłata dla nierezydenta wymaga udokumentowanego potwierdzenia numeru podatkowego w formie oficjalnej papierowej zaświadczenia.
Problem polega na tym, że wielu cudzoziemców, którzy lata temu uzyskali ukraiński kod podatkowy, zgubiło oryginalny dokument. Zresztą, oryginał zaświadczenia miał postać niewielkiego świstka papieru niskiej jakości, przypominającego nieco paragon lub kwitek, a po kilku latach często nie dało się z niego nic odczytać. I choć numer widnieje w systemach, dla księgowości i banków nie jest to wystarczające. Bez skanu zaświadczenia przelew może być zablokowany, a wynagrodzenie – wstrzymane.
Możliwości odzyskania dokumentu są ograniczone. Ukraińskie konsulaty za granicą nie wydają duplikatów. Jedyną drogą jest osobista wizyta w urzędzie skarbowym w Ukrainie albo działanie przez pełnomocnika w tym kraju. To z kolei wymaga sporządzenia notarialnego pełnomocnictwa – w Polsce z apostille i tłumaczeniem, albo w konsulacie Ukrainy, gdzie dokument ma od razu moc prawną.
Dziennikarze i freelancerzy podkreślają, że to poważna bariera utrudniająca współpracę. – Do 2022 roku honoraria wpływały na konto bez problemu. Teraz muszę udowadniać, że mój numer podatkowy faktycznie istnieje, mimo że używałem go w banku od lat – mówi jeden z polskich współpracowników ukraińskiej prasy.
Koszty przejścia wspomnianej procedury (pełnomocnik i jego wynagrodzenie, notariusz, pomoc prawna) są spore i nieadekwatne do skali środków, które taki dziennikarz lub przedstawiciel innego wolnego zawodu zarabia. Wynika to z żenująco niskich honorariów dziennikarskich, zarówno w Polsce, jak i w Ukrainie. Choć paradoksalnie, dziennikarze i analitycy ds. międzynarodowych mogą nawet teraz podczas wojny zarobić w Ukrainie więcej, niż w Polsce. Wynika to z faktu, że polskie media muszą się utrzymywać na wolnym rynku, podczas gdy wiele mediów ukraińskich otrzymuje (i słusznie) międzynarodowe wsparcie z wielu europejskich, norweskich, szwajcarskich czy do niedawna amerykańskich funduszy na wspieranie demokracji, wolności słowa, transformacji i reform. Polska również takie wsparcie otrzymywała m. in. od Niemiec w latach 90-tych i 2000-nych, ale po wejściu do UE uznano, że międzynarodowe wsparcie dla polskich mediów i ośrodków analitycznych nie jest już potrzebne w dawnej skali.
Mało kto zdaje sobie sprawę, jak niskie są honoraria dziennikarskie, którą otrzymują w Polsce pozawarszawscy eksperci od spraw międzynarodowych, nierzadko z kilkunastoletnim doświadczeniem, znajomością kilku języków obcych i kilkoma dyplomami. Przykładowo, Dziennik Gazeta Prawna w latach 2017-2021 płacił za poważny analityczny artykuł o sprawach międzynarodowych (o Ukrainie, Słowacji, Czechach, Austrii) na 5000 znaków zaledwie 150-300 złotych netto, a pozawarszawski dziennikarz-freelancer nie był z tego tytułu objęty ubezpieczeniem zdrowotnym i emerytalnym. Dodajmy, że do napisania takiego tekstu, za który finalnie otrzymało się 240 złotych wierszówki, trzeba było przygotowywać się nierzadko cały tydzień lub dwa – wysłać zapytania prasowe, postarać się o wypowiedź cenionego słowackiego eksperta lub czeskiego ministra, a wcześniej – zdobyć dogłębną wiedzę o Czechach, Słowacji i Ukrainie wraz ze znajomością języków tych krajów. Realna stawka godzinowa wychodziła niższa, niż minimalna stawka w przypadku umów-zleceń przy najprostszych pracach.
Paradoksalnie, współpracownicy równie ambitnych kijowskich czy lwowskich mediów zarabiają więcej. Mimo ogólnie niskiego PKB na mieszkańca Ukrainy (to nawet przed wojną było jedno z najbiedniejszych państw Europy), dziennikarze i analitycy ds. międzynarodowych we Lwowie, Użhorodzie i Kijowie żyją na całkiem niezłym poziomie. Takim, o którym dziennikarze z Gdańska mogą tylko pomarzyć (uwaga: mówimy tu o poziomie zarobków dziennikarzy powiedzmy w roku 2021, a nie o spadających bombach i ryzyku śmierci na froncie – to dwie inne kwestie). Choć trudno w to uwierzyć, ukraińskie redakcje nierzadko płacą dziennikarzom więcej, niż polskie, nawet teraz w czasie wojny. Dodajmy jednak, że na wysokie zarobki w renomowanych kijowskich mediach mogą liczyć mieszkający tam ukraińscy dziennikarze i eksperci. W przypadku zewnętrznych autorów z Polski te kwoty nie są już tak oszałamiające – przykładowo, Dzerkało Tyżnia płaci ok. 1500 hrywien czyli 150 złotych za artykuł o Polsce lub Słowacji, ale jego autor obecnie nie ma jak tych pieniędzy otrzymać. Ukraińscy dziennikarze tego i innych kijowskich mediów zarabiają nieporównywalnie więcej. Miesięczne zarobki to równowartość 5-10 tysięcy złotych, zatem ich stawka w przeliczeniu na pojedynczy artykuł wychodzi dużo większa, niż wspomniane 1500 UAH/150 złotych. Dodajmy, że najważniejsi kijowscy dziennikarze, publicyści, historycy, eksperci ds. Polski i analitycy ds. międzynarodowych przeważnie nie są powoływani na front i nie walczą. Tu państwo ukraińskie podchodzi do tematu dość racjonalnie: ludzie są Ukrainie potrzebni nie tylko w armii, ale również w cywilu, a rola dobrych specjalistów w mediach czy ośrodkach analitycznych wspierających reformy jest równie ważna dla przetrwania i rozwoju państwa, jak walka zbrojna.
O jakiego rodzaju tekstach dziennikarskich i specjalizacji zawodowej mówimy? To obszar wiedzy o szeroko rozumianych sprawach międzynarodowych i wewnętrznych w obszarze Polska-Ukraina. Czyli teksty dziennikarskie i analityczne dla ukraińskiej prasy o sytuacji w Polsce oraz dla polskiej prasy o sytuacji w Ukrainie. W obu przypadkach mogą tę pracę wykonać albo dziennikarze ukraińscy, którzy nauczyli się języka polskiego i wyspecjalizowali w polskiej tematyce (mieszkający w Ukrainie lub ci, którzy wyjechali do Polski, najczęściej do Warszawy), lub Polacy, którzy nauczyli się języka ukraińskiego i stali się ekspertami od Ukrainy. Jedni i drudzy publikują na przykład w takich pismach, jak Nowa Europa Wschodnia (kilkaset złotych wynagrodzenia za artykuł), Newsweek Polska, Tygodnik Powszechny, jak i w kijowskich mediach i think-tankach. Możliwość współpracy dziennikarskiej lub eksperckiej z kijowskimi ośrodkami wbrew pozorom wcale nie jest czymś bez znaczenia, bo w obu przypadkach wynagrodzenia są podobne. Jak się okazuje, polscy eksperci od Ukrainy, nawet posiadający konto w ukraińskim banku, mają obecnie problem z otrzymaniem wynagrodzenia za swoją pracę.
Pojawiają się głosy, że sprawą powinni zainteresować się politycy. Interpelacja poselska w polskim Sejmie mogłaby skłonić rząd w Warszawie do podjęcia rozmów z Ukrainą i wypracowania prostszego rozwiązania – np. wprowadzenia elektronicznego potwierdzania numeru czy możliwości zamawiania duplikatu online. Na razie jednak Polacy współpracujący z Ukrainą muszą liczyć się z tym, że bez papierowego dokumentu z ukraińskiego urzędu skarbowego ich wynagrodzenia mogą utknąć w biurokratycznej pułapce.
Problem o którym mowa dotyczy Polaków, którzy od lat wspierają Ukrainę i nierzadko mają duże zasługi dla wspierania ukraińskich reform i integracji europejskiej oraz wzmacniania niezależności Ukrainy od Rosji. Wielu polskich ekspertów, analityków, dziennikarzy, tłumaczy czy ludzi kultury specjalizujących się w tematyce polsko-ukraińskiej pracuje na nieregularnych „umowach śmieciowych” i żyje „od honorarium do honorarium”, wynoszącego często niskie kwoty – od 150 złotych (1500 hrywien) do kilkuset złotych. Wynagrodzenia z Ukrainy – jako autorzy artykułów prasowych o Polsce, Słowacji i Unii Europejskiej, autorzy tekstów dziennikarskich i eksperckich na temat reform i integracji europejskiej itp. są dla tych osób często znaczącą pozycją w domowym budżecie, a ich utrata jest dotkliwa. Wynika to z chronicznego niedofinansowania i niedoceniania polskiej nauki i pracowników mediów (zwłaszcza branżowych, humanistycznych, dotyczących spraw międzynarodowych), a w złej sytuacji są zwłaszcza eksperci i dziennikarze mieszkający poza uprzywilejowaną stolicą (Warszawą, Kijowem) – nawet w tak dużych ośrodkach, jak Kraków czy Gdańsk. Dodajmy, że Polacy otrzymujący honoraria za teksty dziennikarskie czy tłumaczenia z Ukrainy nierzadko pół życia poświęcili wspieraniu naszego wschodniego sąsiada, wśród nich są uczestnicy Pomarańczowej Rewolucji i Euromajdanu oraz wolontariusze. Konieczność upominania się przez nich o możliwość otrzymania należnego wynagrodzenia autorskiego, wynoszącego nierzadko jedynie równowartość kilkuset złotych, dla wielu z tych osób jest uwłaczająca.
Sytuacja jest o tyle kuriozalna, że poruszanie tej kwestii i prośby o jej rozwiązanie działają na wiele środowisk jak płachta na byka i przynoszą nieoczekiwane efekty. Polscy zwolennicy skrajnej prawicy reagują hejtem wobec analityków ds. Ukrainy na dźwięk samego słowa Ukraina. Sporo Ukraińców reaguje oburzeniem, widząc w tych słusznych apelach kolejny przejaw antyukraińskiej histerii, która niestety narasta w Polsce. Hejtem na wzmianki o opisanym w tym artykule problemie reagują również niektórzy polscy aktywiści i wolontariusze, zaangażowani w pomoc Ukrainie, którzy uważają ten problem za zbyt błahy, by go poruszać. Ze strony tej grupy często pojawia się postawa moralizatorska i wymuszanie na wspomnianych freelancerach poczucia winy. „Jak śmiesz pisać o tym, że Ukraina zablokowała ci wypłatę twoich honorariów dziennikarskich z ukraińskiej prasy w sytuacji, gdy na froncie giną ludzie, a ja wożę pomoc humanitarną na front, a ty jej nie wozisz tylko sobie po prostu pracujesz” – mniej więcej do tego sprowadza się ten przekaz. Pojawia się moralna presja i rozłam w środowisku Polaków wspierających Ukrainę: jeżeli nie wykazujesz obecnie postawy heroicznej, nie jesteś wolontariuszem, nie jeździsz do Ukrainy z pomocą humanitarną, wszystkie twoje wcześniejsze zasługi dla współpracy polsko-ukraińskiej się zerują, a teraz nie masz prawa się odzywać. Ukraińscy dziennikarze, eksperci i analitycy funkcjonujący zawodowo w Warszawie nie mają takich problemów – nie tylko publikują jako eksperci od Ukrainy w polskich mediach, ale też we lwowskich i kijowskich, gdzie nie mają problemów z wypłatą honorariów, ani nikt im nie stawia moralnych szantaży, z jakimi spotykają się polscy freelancerzy – eksperci od Ukrainy.
Sytuacja jest też skrajnie ważna w kontekście narracji o przyszłej odbudowie Ukrainy i korzyściach dla polskich firm, ekspertów i pracowników, jakie mają się pojawić z tytułu integracji europejskiej Ukrainy. Mało kto jednak zdaje sobie sprawę z faktu, że ten proces już trwa – już dziś w Ukrainie jest spory rynek pracy i zleceń, często intratnych, dla ekspertów/dziennikarzy/analityków znających się na sprawach międzynarodowych, ekspertów od Polski, ekspertów od Słowacji czy Rumunii, osób tłumaczących konieczne reformy oraz polskie, słowackie czy austriackie doświadczenia. Ukraina reformuje się i integruje z UE tu i teraz, podczas gdy spadają rosyjskie bomby, a nie za jakiś mityczny czas, gdy wojna ustanie. Mamy jednak konkretny przykład, jak tu i teraz Ukraina wykluczyła polskich dziennikarzy i ekspertów od spraw ukraińskich, w tym niżej podpisanego, od możliwości udziału w tym procesie – podczas gdy ukraińscy dziennikarze i analitycy ds. międzynarodowych w Polsce mają pełny dostęp do rynku i możliwości publikowania, zarówno w Kijowie i Lwowie, jak i w Warszawie i Krakowie.
Jakub Łoginow
