Po krakowskim referendum warto przypomnieć rzecz, o której w debacie publicznej mówi się zaskakująco rzadko: mieszkańcy województwa również mogą odwołać swój organ samorządowy przed końcem kadencji, czyli Sejmik, zarząd i marszałka. Na Pomorzu oznaczałoby to referendum w sprawie odwołania całego Sejmiku Województwa Pomorskiego. A politycznie — także bardzo poważny sygnał wobec marszałka Mieczysława Struka i obecnej ekipy rządzącej regionem. Przyczyny odwołania – to chociażby skandaliczne podwyżki cen biletów SKM i Polregio, znienawidzony przez mieszkańców i drogi system Fala, brak integracji transportowej kolejowo-autobusowej, a także wykluczenie komunikacyjne na Pomorzu Środkowym oraz na południu i wschodzie województwa.
Marszałka województwa nie wybiera się w wyborach bezpośrednich. Inaczej niż w przypadku wójta, burmistrza czy prezydenta miasta, marszałek jest wybierany przez radnych sejmiku. Dlatego mieszkańcy nie mogą w referendum odwołać samego marszałka wprost. Mogą natomiast doprowadzić do referendum w sprawie odwołania sejmiku województwa przed upływem kadencji.
To nie jest polityczna fantazja ani publicystyczna figura retoryczna. Taką możliwość przewidują przepisy. Ustawa o samorządzie województwa stanowi, że w sprawie odwołania sejmiku województwa przed upływem kadencji rozstrzyga się wyłącznie w drodze referendum wojewódzkiego. Z kolei ustawa o referendum lokalnym wskazuje, że w przypadku województwa wniosek o przeprowadzenie referendum może zostać złożony przez co najmniej 5 procent uprawnionych do głosowania mieszkańców.
W praktyce na Pomorzu oznaczałoby to konieczność zebrania około 86,5 tysiąca podpisów. To dużo, ale nie jest to liczba abstrakcyjna. Zwłaszcza jeżeli sprawa dotyczy problemów, które mieszkańcy odczuwają codziennie: cen biletów, jakości transportu publicznego, braku integracji kolei z autobusami, słabego dojazdu poza Trójmiastem, niedokończonych tras rowerowych i ogólnego poczucia, że region o ogromnym potencjale rozwija się znacznie wolniej, niż powinien.
Dodajmy, że te 86,5 tysiąca podpisów to znacznie mniej, niż komitet referendalny zebrał w samym tylko Krakowie. Tam przed czasem udało się zebrać aż 134 tysiące podpisów. I to tylko w jednym mieście! Tutaj zbiórka podpisów odbywałaby się w całym województwie. W samym Nowym Dworze Gdańskim i okolicach, mieście wykluczonym komunikacyjnie, spokojnie udałoby się zebrać kilka tysięcy podpisów. Powód – niezbyt aktywne starania marszałka o Kolej na Żuławy i brak PKS-ów Nowy Dwór Gdański – Gdańsk czy Krynica Morska – Gdańsk w kolejowej Taryfie Pomorskiej, czyli czegoś, co powinno być zrobione „na już”, zamiast systemu Fala. Z tego samego powodu kolejne kilka tysięcy podpisów dostarczyliby mieszkańcy Bytowa (skazanego na autobusy – a te autobusy są poza Taryfą Pomorską), Miastka, Chojnic, Człuchowa, Łeby, Ustki czy Słupska. Każdego w marszałku Struku irytuje co innego – ta irytacja ludzi z Trójmiasta oraz mieszkańców mniejszych miejscowości sumarycznie łatwo dałaby ponad sto tysięcy podpisów, potrzebnych do rozpisania referendum.
Pomorskie referendum wojewódzkie leży w interesie Lewicy, partii Razem i Konfederacji. Szansa na mandaty radnych
Podpisy zostałyby zebrane o tyle łatwo, że pomogłyby w tym te partie polityczne, które nie mają dziś swojej reprezentacji w Sejmiku. Czyli Lewica, Razem i Konfederacja. W ostatnich wyborach Lewica była o włos od przekroczenia progu wyborczego, ale się nie udało. Tym razem powinno być łatwiej, być może radnym wojewódzkim zostałby szanowany gdyński polityk Lewicy Marcin Strzelczyk.
Ktoś powie: to byłoby nielojalne wobec koalicjantów. Z tym, że lojalność powinna działać w obie strony. Dziś jest tak, że Donald Tusk jest politycznie bezwzględny wobec partnerów i upokarza a to Katarzynę Pełczyńską-Nałęcz z Polski 2050, a to Lewicę, której zarzuca się, że jest zbyt uległa. Referendum w mateczniku Tuska byłoby dla Lewicy okazją do wyróżnienia się, przypomnienia o swojej podmiotowości, ostrego upomnienia się o ważny dla lewicowych środowisk postulat tańszej i lepszej komunikacji publicznej. Kto gra twardo (jak PSL), ten wygrywa i tego Tusk szanuje. Donald Tusk szanuje stawiające się PSL, nie szanuje koalicjantów, którzy są ulegli.
Nic do stracenia nie ma Partia Razem i Konfederacja, które nie są w rządzie i które nie stracą mandatów w Sejmiku, bo ich nie mają. Referendum wojewódzkie i to w tak symbolicznym dla Platformy regionie to najlepsza okazja na zaprezentowanie swoich postulatów i programu, a w przypadku sukcesu – na kilka mandatów w Sejmiku. Kto wie, może te kilka mandatów zmieni układ sił i Razem będzie potrzebne do rządzenia? Nawet w koalicji z Platformą? Wówczas postulat Razem może być jeden: Razem warunkowo poprze nowy zarząd województwa – ale nie może w nim być słabego merytorycznie Struka, który jest dla Pomorza tym, czym Tusk dla Polski. Marszałkiem mógłby zostać ktoś inny z Platformy, młodszy i bardziej dynamiczny. Na przykład Marcin Skwierawski albo Marcin Bulczak z Wejherowa. Każdy z nich nadawałby się na marszałka lepiej, niż antyreformatorski Struk, którego kojarzymy raczej z trwaniem i brakiem wizji, a nie z jakimś głębszym planem na rozwój regionu.
Pomorze stać na więcej
Pomorskie ma wszystko, czego potrzeba, aby być jednym z najbogatszych, najnowocześniejszych i najlepiej zorganizowanych regionów Europy Środkowej. Ma porty morskie, silną gospodarkę morską, Trójmiasto, turystykę, uczelnie, położenie nad Bałtykiem, potencjał logistyczny i energetyczny. To nie jest województwo skazane na peryferyjność. Przeciwnie — Pomorze powinno być jednym z liderów rozwoju w Polsce. Tymczasem Pomorskie, które powinno być bogatsze od Mazowsza, jest według Głównego Urzędu Statystycznego PONIŻEJ średniej dla polskich województw jeśli chodzi o PKB na mieszkańca. Jeszcze raz – Pomorskie, z portami morskimi czyli gospodarczym złotem, jest biedniejsze niż średnia. I mówimy tu o województwie nadmorskim, gdzie już choćby samo Trójmiasto jest naturalnym silnikiem gospodarczym – a nie o ścianie wschodniej czy regionach typu Opolskie i Świętokrzyskie, które mają prawo być biedniejsze niż średnia ze względu na brak wielkich metropolii.
Problem polega na tym, że od lat za dużą część polityki regionalnej odpowiada logika trwania, a nie logika rozwoju. A Struk jest marszałkiem od 2010 roku. Inni marszałkowie, jak Marek Sowa, śp. Marek Nawara czy Łukasz Smółka w Małopolsce, w ciągu zaledwie jednej-dwóch kadencji potrafili zrealizować jakieś sztandarowe projekty – np. Smółka rozwinął autobusowe linie dowozowe Kolei Małopolskich. Struk w tym czasie trwa. I trwa. I jest świetny w zakulisowych rozmowach partyjnych. Dla partii jest spoko, dla mieszkańców? Tak sobie.
Nie jest tragicznie, bo przy takim położeniu geograficznym i takim kapitale gospodarczym trudno byłoby całkowicie zmarnować potencjał regionu. Ale zbyt często jest „jako tako”. Działa, ale bez ambicji. Istnieje, ale nie zachwyca. Jest zrobione, ale niedokończone.
Najlepiej ten zastój widać w pomorskim transporcie publicznym
Pomorska kolej powinna być wzorem dla innych regionów. Tymczasem pasażerowie dostali podwyżki cen biletów, a integracja taryfowa i organizacyjna nadal pozostaje niezałatwionym postulatem. Kolej, autobusy regionalne, transport miejski, dotowane tramwaje wodne na Hel, Wyspę Sobieszewską i Mierzeję Wiślaną oraz połączenia sezonowe powinny tworzyć jeden spójny system taryfowy – jak w Austrii. Mieszkaniec Pomorza nie powinien zastanawiać się, czy dany bilet będzie honorowany, gdzie kończy się odpowiedzialność jednego przewoźnika, a zaczyna drugiego, ani dlaczego do atrakcyjnych turystycznie i społecznie ważnych miejsc wciąż trudno dojechać bez samochodu.
Skoro jest fatalny transport publiczny, to może chociaż trójmiejscy kierowcy są zadowoleni? Miałoby to jakąś logikę: zaniedbujemy transport publiczny, bo stawiamy na auta. Ale nie! Platformiane elity Pomorza najczęściej krytykują… trójmiejscy kierowcy właśnie. Za ogromne korki i wiele innych zaniedbań. Trudno by korków nie było, przy polityce Struka oznaczającej drogi niezintegrowany transport publiczny. Kto może przesiada się na samochód – a że przestrzeń nie jest z gumy, kierowcy tracą cenny czas w korkach.
„Nie da się Struka” – wykluczenie transportowe Słowińskiego Parku Narodowego
Szczególnie jaskrawym przykładem tej polityki „niedasię” jest Słowiński Park Narodowy. W teorii wszyscy mówią dziś o wydłużaniu sezonu turystycznego nad Bałtykiem, ekologii i turystyce aktywnej, także dla gości z Czech i Słowacji. W praktyce poza sezonem do wielu najcenniejszych miejsc regionu nie da się sensownie dojechać transportem publicznym. Łeba może być naturalną bazą wypadową do Słowińskiego Parku Narodowego i da się do niej dotrzeć koleją (w sezonie, chociaż obecnie kolej jest w remoncie) oraz autobusem przez cały rok, ale na miejscu turysta bez samochodu zostaje właściwie uziemiony. Do Wydmy Łąckiej można jeszcze dojść pieszo i wrócić plażą, lecz do Kluk, Czołpina, Smołdzina, Rowokołu, Rowów, nad jezioro Gardno czy dalej do Ustki brakuje całorocznych, sensownych połączeń. To absurd: właśnie w kwietniu, październiku czy zimą Bałtyk potrzebuje turystyki wędrownej, muzealnej, krajoznawczej i aktywnej, a więc takiej, która wymaga sprawnego transportu regionalnego. Takie linie — łączące powiat lęborski i słupski — powinny być naturalnym zadaniem samorządu województwa. Na Słowacji czy w Małopolsce autobusy regionalne potrafią dowozić ludzi do parków narodowych, górskich dolin, skansenów i małych wsi przez cały rok. Na Pomorzu przy jednym z najcenniejszych parków narodowych w Polsce wciąż zachowujemy się tak, jakby sezon turystyczny kończył się wraz z ostatnim parawanem na plaży.
„Nie da się Struka” – województwo morskie, które nie stworzyło samorządowych tramwajów wodnych na Hel mimo że ustawa o publicznym transporcie zbiorowym nakłada na marszałka takie zadanie publiczne. Musiały to wbrew ustawie zrobić samorządy lokalne, bo Struka to przerosło
Przykład transportu wodnego na Hel pokazuje skalę problemu, bo tu Pomorze ma wręcz podręcznikowe warunki do stworzenia nowoczesnego, zintegrowanego i ekologicznego systemu mobilności. W sezonie letnim droga na Półwysep Helski jest niewydolna, autobusy i samochody stoją w korkach, a pociągi na linii Gdynia–Hel bywają przepełnione do tego stopnia, że pasażerowie nie zawsze są w stanie wsiąść do składu już na pośrednich stacjach. Jednocześnie dalsza rozbudowa infrastruktury lądowej na tak wąskim i cennym przyrodniczo obszarze ma oczywiste ograniczenia. W najwęższych miejscach Półwysep Helski ma około 150 metrów szerokości, więc każdy dodatkowy tor, mijanka, poszerzenie drogi czy nowa infrastruktura oznaczają realną ingerencję w unikalny ekosystem między morzem a zatoką.
I tu dochodzimy do sedna: zgodnie z ustawą o publicznym transporcie zbiorowym organizatorem przewozów w transporcie morskim jest województwo, czyli w praktyce marszałek i urząd marszałkowski. To nie jest więc wyłącznie zadanie gmin, powiatów ani dobra wola lokalnych zapaleńców. Jeżeli na Pomorzu ma powstać dotowany, regularny, tani i zintegrowany transport wodny, to naturalnym gospodarzem takiego systemu powinien być właśnie samorząd województwa. Tymczasem województwo morskie, które w strategiach chętnie mówi o ekologii, innowacjach i potencjale Bałtyku, w praktyce nie wykorzystuje własnego ustawowego narzędzia do organizowania publicznych przewozów morskich.
Dlatego szczególnie symboliczne jest to, że za marszałka musiały działać samorządy lokalne. To one uruchomiły dotowane połączenia wodne na Zatoce Puckiej, między innymi linię Puck–Chałupy, gdzie operatorem został PKS Gdynia. Ten przykład pokazuje, że się da: można nadać linii wodnej numer, wpiąć ją w logikę transportu publicznego i myśleć o niej razem z autobusami oraz koleją. Tyle że takie rozwiązania nie powinny być lokalną improwizacją, lecz elementem wojewódzkiej polityki transportowej. Województwo morskie powinno umieć wykorzystać morze nie tylko w folderach promocyjnych i strategiach, ale w codziennej praktyce: przez tani, zintegrowany taryfowo, niskoemisyjny transport wodny, który odciąża drogi, kolej i przyrodę Półwyspu Helskiego.
Petycja była rzeczowa, odpowiedź zbyt słaba
Pomorska Petycja Transportowa nie była zbiorem radykalnych haseł. To był zestaw racjonalnych, konkretnych i możliwych do wdrożenia postulatów. Chodziło między innymi o lepszą integrację transportu publicznego, walkę z wykluczeniem komunikacyjnym i potraktowanie mobilności mieszkańców jako podstawowej usługi publicznej.
Władze województwa miały czas, aby przynajmniej część tych postulatów spokojnie wdrożyć. Udało się wprowadzić jeden istotny element — honorowanie wybranych biletów kolejowych na obszarze Trójmiasta — i za to należy się uznanie. Ale jeden wykonany punkt nie zmienia ogólnej oceny. Pomorze nadal potrzebuje odważniejszej, bardziej spójnej i bardziej europejskiej polityki transportowej.
Europejskiej nie w sensie pustych deklaracji, lecz w sensie standardu. W Austrii, Niemczech, Czechach czy Słowacji transport regionalny coraz częściej rozumiany jest jako zintegrowany system: kolej, autobus, rower, dojście piesze, wspólny bilet, wspólna informacja, przewidywalny takt, wygodne przesiadki. Na Pomorzu wciąż zbyt często dostajemy rozwiązania fragmentaryczne.
Nawet drogi rowerowe pokazują problem
Ktoś może powiedzieć: ścieżki rowerowe to drobiazg. Ale właśnie takie „drobiazgi” pokazują jakość zarządzania. Jeżeli region nie potrafi zapewnić spójnych, asfaltowych tras rowerowych między ważnymi miejscowościami, to trudno wierzyć, że poradzi sobie z bardziej skomplikowanymi wyzwaniami. Nawet tak wyśmiewane przez część prawicy „rowerki” czy „rolki” okazują się testem sprawczości samorządu. I marszałek Struk ten test od lat oblewa.
Na Pomorzu nadal brakuje ciągłości tras, które powinny być oczywistością: Gdynia–Puck, Reda–Wejherowo, dojazd w stronę Półwyspu Helskiego. To nie są fanaberie aktywistów. To infrastruktura codziennej mobilności, turystyki, rekreacji, zdrowia publicznego i jakości życia. Dobre, równe, asfaltowe drogi rowerowe służą nie tylko rowerzystom, ale też rolkarzom — a tych w Trójmieście i na Pomorzu traktuje się tak, jakby nie istnieli, mimo że jest ich w województwie kilkadziesiąt tysięcy lub więcej. W praktyce rolkarze z Trójmiasta, żeby porządnie pojeździć dłuższą, spójną, asfaltową trasą, muszą jechać do Koszalina, Kołobrzegu, Darłowa, Świdwina czy Białogardu, czyli 120 kilometrów i więcej. Bo za rządów Struka nie da się wygodnie i bezpiecznie przejechać na rolkach nawet z Gdyni do Pucka, z Redy do Wejherowa czy dalej w stronę Półwyspu Helskiego. A przecież to nie jest fanaberia. To są ludzkie pasje, codzienny sport i zdrowy tryb życia. Taka jazda na rolkach to prewencja chorób sercowo-naczyniowych, a więc inwestycja w długie, zdrowe, sprawne życie. Co finalnie opłaca się Pomorzu jako całości, pomorskiej gospodarce – bo przyczynia się do tego, że tacy wysportowani ludzie, pomorscy rolkarze, będą w zdrowiu i z wysoką efektywnością pracować również (jeżeli będą chcieli) na emeryturze, płacąc podatki i składki, a nie obciążając pomorskiej służby zdrowia i systemu wsparcia socjalnego. Takie formy aktywności należy wspierać, choćby i z motywów cynicznych – przeliczając tę aktywność na korzyści dla gospodarki regionu, efektywności pracy, niższych kosztów świadczeń socjalnych. Nawet tu Struk zawiódł.
Dla porównania, w sąsiednim województwie zachodniopomorskim marszałek Olgierd Geblewicz, również związany z Platformą Obywatelską, postawił na rozwój spójnej sieci asfaltowych tras rowerowych. Efekt jest widoczny: Zachodniopomorskie stało się jednym z najlepszych regionów w Polsce dla rowerzystów i rolkarzy, a dla osób z Pomorza bywa wręcz miejscem weekendowych wyjazdów tylko po to, żeby normalnie pojeździć. Da się? Da się. Trzeba tylko chcieć i potraktować takie sprawy serio, zamiast uznawać je za niszową zachciankę. Popatrzcie zresztą na poniższą mapę i porównajcie Pomorskie z Zachodniopomorskim. Różnica widoczna od razu.
To nie jest spór lewicy z prawicą
Krytyka pomorskiego marazmu nie jest zarezerwowana dla jednej strony sceny politycznej. Z pozycji proekologicznych, protransportowych i miejskich można krytykować brak integracji komunikacji, słabe trasy rowerowe czy niewystarczającą walkę z wykluczeniem transportowym. Ale osoby o poglądach bardziej prawicowych również mają swoje zarzuty wobec obecnego układu władzy na Pomorzu: dotyczące stylu rządzenia, jakości zarządzania, przejrzystości, inwestycji czy lokalnych interesów.
I właśnie dlatego temat referendum wojewódzkiego jest ważny. Nie chodzi o to, aby zamienić Mieczysława Struka na polityka prawicy. Chodzi o to, aby przypomnieć, że samorząd nie jest prywatnym folwarkiem żadnej partii, żadnego środowiska i żadnego wieloletniego układu personalnego. Koalicja Obywatelska ma wielu młodszych, ambitnych i kompetentnych ludzi. Nie musi kurczowo trzymać się polityki trwania.
Mieczysław Struk jest symbolem pewnej epoki: samorządowej stabilizacji, zakulisowej sprawczości, wieloletniego administrowania. Ale Pomorze potrzebuje dziś czegoś więcej niż administrowania. Potrzebuje rozwoju, odwagi, transportowej rewolucji, integracji regionu i myślenia w kategoriach europejskich standardów.
Referendum jako impuls
Samo podjęcie dyskusji o referendum może mieć znaczenie. Nawet jeżeli do głosowania ostatecznie nie dojdzie, perspektywa zebrania podpisów i publicznego rozliczenia władz województwa może zadziałać mobilizująco. Sejmik i zarząd województwa powinny wiedzieć, że mieszkańcy patrzą im na ręce nie tylko raz na pięć lat przy urnie wyborczej.
Pomorze Środkowe nie może być komunikacyjnie wykluczone. Trójmiasto nie może być jedynym realnym beneficjentem rozwoju. Kolej regionalna nie może być droga, niespójna i oderwana od autobusów. Drogi rowerowe nie mogą kończyć się nagle w polu albo na granicy gminy. Region morski nie może nie umieć wykorzystać własnego morza.
Referendum wojewódzkie jest narzędziem demokratycznym. Trudnym, wymagającym organizacyjnie, ale realnym. A demokracja lokalna nie polega wyłącznie na tym, że mieszkańcy raz na kilka lat oddają głos, a potem mają cierpliwie znosić marazm.
Pomorze stać na więcej. I właśnie dlatego warto rozmawiać o odpowiedzialności sejmiku, marszałka i całej obecnej ekipy rządzącej województwem. Nie po to, by urządzać polityczną zemstę. Po to, by region z takim potencjałem wreszcie zaczął działać na miarę swoich możliwości.
Jakub Łoginow
Podpisz tutaj Pomorską petycję transportową
Dołącz do naszych grup pomorskich na Facebooku:
Nasz Sopot i Jelitkowo – całoroczna zrównoważona turystyka
Górny Wrzeszcz, Strzyża, Niedźwiednik
Nasze sprawy Kołobrzeg, Białogard, Trzebiatów, Ustronie Morskie, Gąski
Nasze Morze Bałtyckie – gospodarka, transport, turystyka
Międzyzdroje, Świnoujście, Heringsdorf – wspólne sprawy
