Słaby sezon zimowy na Półwyspie Helskim. Sytuację mogli uratować Słowacy i Czesi, ale nie podjęto współpracy [OPINIA]

Trójmiejska Gazeta Wyborcza informuje o wyjątkowo słabym sezonie zimowym na Półwyspie Helskim, przy czym problem ten dotyczy również Władysławowa, Łeby, Ustki, a nawet Sopotu. Oczywiście zimą trudno jest oczekiwać tłumów, ale jak informuje gazeta, w tym roku gości na Półwyspie było aż o 20% mniej, niż rok temu. „Warszawa nie dojechała” – czytamy w artykule. Problemu by nie było, gdyby samorządy i organizacje turystyczne podjęły kierowaną do nich od października propozycję współpracy nad promocją Półwyspu Helskiego i okolic wśród gości z Czech i Słowacji, w ramach inicjatywy „Bałtyk przez cały rok”. W listopadzie po siedmiu miesiącach prac powstał poradnik z gotowymi schematami niskokosztowych działań mających na celu pozyskanie słowackich i czeskich gości zimą i wczesną wiosną, ale samorządowcom i biurom promocji nawet nie chciało się go przeczytać. Skutkiem są puste hotele i pensjonaty, puste portfele mieszkańców i niższe wpływy z lokalnych podatków i opłat.

A artykułem z Wyborczej można zapoznać się tutaj:

Hotele na Półwyspie Helskim świecą pustkami. 'Warszawa nie dojechała’

Obecna sytuacja to efekt zaniedbań, polegających na opieraniu całego modelu turystyki na Półwyspie Helskim na czynnikach, które są mocno wątpliwe i ryzykowne. W skrócie: niczego nie zmieniamy w naszej strategii marketingowej, robimy wszystko tak jak robiliśmy przez całe życie, opieramy się na turystach krajowych, Niemcach i gościach ze Skandynawii. A jak nie przyjadą, bo niekorzystnie ułożą się terminy ferii, będzie mroźna zima lub deszczowe lato? Nie ma żadnego planu B, sezonu nie uratują żadne dodatkowe nisze, takie jak Słowacy, Czesi, Węgrzy czy Austriacy, bo prawie nikomu nie chciało się podjąć tematu.

Gdyby jeszcze chodziło tylko o słabą zimę, to pół biedy: wielu lokalnych przedsiębiorców i tak z góry odpuszcza sobie działalność poza sezonem letnim i zamyka pensjonaty oraz lokale gastronomiczne, by nie ponosić kosztów pracowników i ogrzewania. Jest to w jakiś sposób racjonalne. Ale to wszystko funkcjonuje w oparciu o wiarę w to, że brak gości w zimniejszej części roku odbijemy sobie w okresie wakacji oraz w maju i wrześniu. Tymczasem tak się nie musi stać, co pokazało ubiegłoroczne lato. Wskutek kapryśnej pogody było ono wyjątkowo słabe. Tragiczny był też maj – zimny i nieprzyjemny. A co będzie, jeżeli w tym roku sytuacja znów się powtórzy? Znów zaskoczenie i ludzkie tragedie, bo goście nie przyjadą, a kredyty trzeba spłacać, a także płacić czynsze i inne koszty stałe?

Zresztą, przyczyną gwałtownych zawirowań frekwencyjnych w przypadku gości krajowych i Niemców nie musi być także pogoda, a nawet inaczej: czynnik pogodowy może działać na różnych kierunkach. Upalne lato może przyciągnąć nad morze Warszawiaków, ale może też skłonić ich do wyjazdu w inne miejsca – na Mazury, czy nawet do Skandynawii i w Alpy, by się schłodzić. Podobnie działa śnieżna zima. Jednych zniechęci, bo zimno, a innych właśnie zachęci do przyjazdu nad morze, bo to nowa i nieoczywista atrakcja, czego przykładem jest popularność zimowego Mikoszewa – cała Polska przyjeżdża, by zobaczyć lodowe torosy. Potencjał rynku niemieckiego też się powoli wyczerpuje. Odpadł główny atut polskiego Bałtyku – nie jest tu już dużo taniej, niż nad niemieckim wybrzeżem byłego NRD, ceny w Juracie dobiły już do tych z wyspy Rugia czy Uznam. Kończy się niemiecka turystyka sentymentalna – odchodzą ostatnie pokolenia, dla których Gdańsk czy Kołobrzeg to dawne niemieckie miasta; dla niemieckiej młodzieży takie „kresowe” sentymenty są już niezrozumiałe i nieatrakcyjne. Natomiast zaletą i przekleństwem Warszawy jest jej bliskość. Z jednej strony łatwo ich przyciągnąć nad Bałtyk, z drugiej – Warszawiacy są w stanie z dnia na dzień odwołać wyjazd nad polskie morze, bo z racji bliskości są to wyjazdy bardziej spontaniczne, niż planowane z wielkim wyprzedzeniem. Z tego względu te nieprzewidywalne czynniki (Warszawiacy) muszą być zrównoważone mniej oczywistymi kierunkami, gośćmi z „bliskiej zagranicy”, którzy jednak planują takie wyjazdy nad Bałtyk z większym wyprzedzeniem i przygotowaniem, zatem zmiana pogody czy chwilowy impuls nie powodują u nich anulowania swoich planów wakacyjnych czy feryjnych.

Właśnie po to jest moja inicjatywa aktywnego pozyskiwania gości ze Słowacji i Czech – zarówno na okres wakacyjny, jak i poza sezonem. Oba te rynki (a także Węgrzy i Austriacy) mogą działać na pomorską branżę turystyczną jak bufor, łagodzący gwałtowne i nieprzewidywane spadki gości z głównych kierunków, takich jak Warszawiacy, Niemcy czy Skandynawowie.

O tym, dlaczego akurat Słowacy i Czesi i dlaczego akurat teraz, pisałem już wielokrotnie, zarówno w samym ebooku, jak i artykułach i postach na portalach społecznościowych. Od kilku lat rośnie na Słowacji moda na Polskę i moda na Bałtyk, a ja sam jestem autorem 16 publikacji w słowackiej prasie na temat atrakcji polskiego Wybrzeża, które też się do tej mody przyczyniły. Ale prawdziwym przełomem było uruchomienie od grudnia samolotów Poprad-Gdańsk, często kursujących autobusów transgranicznych Poprad-Zakopane oraz szybkich pociągów Zakopane – Gdynia, którymi można się dostać spod słowackiej granicy nad polskie morze w ciągu zaledwie 7 godzin. Słowacy chcą przyjechać na Półwysep Helski czy do Władysławowa, nareszcie mają czym (samolot lub autobus transgraniczny + szybki pociąg), ale zabrakło jednego: akcji marketingowej w języku słowackim ze strony pomorskich samorządów i organizacji turystycznych, które proponowałem i które jestem w stanie niskokosztowo poprowadzić.

Sezon zimowy jest już w zasadzie stracony – działania marketingowe podejmuje się bowiem z kilkumiesięcznym (a nawet półrocznym) wyprzedzeniem. To co straciliśmy przez głupotę, lenistwo czy odkładanie spraw na później, tego już nie odzyskamy. Ale możemy zadbać teraz o sezon wiosenny oraz o promocję Pomorza wśród Słowaków i Czechów na wakacje.

A tego już nie warto zaniedbywać i lekceważyć. O ile obawy hotelarzy, czy rzeczywiście Słowacy przyjadą jesienią i zimą są uzasadnione (to jednak nie jest oczywisty okres wyjazdowy i działania marketingowe są trudniejsze), to w przypadku wakacji nie powinno być takich dylematów. A po co zachęcać Słowaków do przyjazdu do Jastarni i Władysławowa latem, skoro wtedy i tak jest sporo gości krajowych? Choćby po to, by potraktować to jako swego rodzaju „ubezpieczenie” na wypadek deszczowego sezonu. Polacy mogą w takim przypadku odwołać wyjazd, ale dla Słowaków nawet deszczowy pobyt będzie atrakcją, gdyż w odróżnieniu od Polaków są nastawieni bardziej na zwiedzanie okolicy i poznawanie lokalnej kultury, a nie tylko leżenie na plaży. Poza tym promując Półwysep (a także Sopot, Gdynię, Łebę, Władysławowo, Ustkę) wśród Słowaków pod kątem wakacji, równocześnie robimy też promocję na kolejne miesiące. Część osób zamiast latem przyjedzie nad polskie morze we wrześniu lub październiku lub zimą 2027, a sporo Słowaków którzy przyjadą do danego obiektu po raz pierwszy latem 2026, będzie do niego wielokrotnie wracać – również na kolejne wakacje oraz poza sezonem.

Jak zatem promować się na Słowacji i w Czechach, co należy zrobić by dotrzeć z przekazem do południowych sąsiadów? Wszystko jest opisane w książce. Pierwszy krok – to po prostu przeczytanie książki, aby zrozumieć jaki jest profil słowackiego i czeskiego turysty, dlaczego właściwie oni chcą do nas przyjeżdżać, a dlaczego nie przyjeżdżali wcześniej, co się takiego zmieniło. Konieczna jest przynajmniej prosta strona-wizytówka w języku słowackim, może to być również bezpłatna strona na Facebooku. Większość działań można wykonać nawet samodzielnie, bez znajomości języka, korzystając z bezpłatnych narzędzi, w tym translatorów internetowych. Warto to dać później komuś znającemu język do sprawdzenia, tak aby nie popełnić głupich błędów, ale to już nie są jakieś wysokokosztowe i skomplikowane działania, jak to było jeszcze 20 lat wcześniej.

Książkę można kupić w księgarni internetowej Ebookpoint pod linkiem:

Bałtyk przez cały rok. Jak wydłużyć sezon turystyczny i przyciągnąć gości ze Słowacji i Czech