Wszyscy intuicyjnie rozumiemy, że Ukraina jest dużym i ważnym krajem, również w kontekście wymiany handlowej, połączeń kolejowych i współpracy gospodarczej z polskimi portami morskimi. Równocześnie wiele osób ma tendencję do lekceważenia Słowacji, jako relatywnie małego kraju, który ma niewiele do zaoferowania Polsce (w tym Pomorzu) jako partner gospodarczy, akademicki czy edukacyjny (wymiana doświadczeń i nowe miejsca pracy oraz zlecenia z tym związane). Na sprawę spojrzymy inaczej, gdy popatrzymy na liczby: nominalne PKB Słowacji wynosi już 70-75% PKB Ukrainy! Nie należy lekceważyć małych krajów takich jak Słowacja, Austria, Szwajcaria czy Litwa tylko dlatego, że są małe. Często mają one relatywnie rozwiniętą gospodarkę i wysoką kulturę pracy oraz funkcjonowania państwa i instytucji. W efekcie dwustutysięczne Koszyce mogą oferować więcej możliwości dla uczciwej współpracy biznesowej bez ryzyka wrogiego przejęcia firmy czy niezapłacenia faktur, niż trzymilionowy Kijów, gdzie nieskorumpowane sądy gospodarcze się niestety nie przyjęły.
Gdy porównamy PKB Słowacji i Ukrainy nie w ujęciu nominalnym, ale według parytetu siły nabywczej, obraz jest już inny i słowacka gospodarka stanowi „tylko” 37-40% PKB Ukrainy, czyli ponad jedną trzecią. Nadal jest to bardzo dużo: to więcej, niż generuje cała Zachodnia i Centralna Ukraina bez Kijowa.
Różnica w obu podejściach wynika z różnicy w cenach i kosztach życia – na Ukrainie są one dużo niższe. Ukraina jest żywym przykładem, jak wygląda kraj, w którym rzeczywiście wdrożono w praktyce postulaty Korwina, Konfederacji i polskich skrajnych liberałów gospodarczych z dawnego KLD, czyli przywileje dla biznesu ponad wszystko, niskie podatki, dobrowolność ubezpieczeń społeczno-emerytalnych, prywatne ubezpieczenia zdrowotne zamiast wydolnego systemu publicznego. To kraj z totalnie rozregulowaną sferą prawa pracy i iluzoryczną ochroną pracownika, z rażąco niskimi płacami i emeryturami, w którym dużą część pensji płaci się „do ręki”. Co ciekawe, mimo rażąco niskich kosztów pracy, ceny ukraińskich produktów spożywczych w polskich sklepach są przeważnie dużo wyższe, niż analogicznych produktów z krajów UE: z Polski, Słowacji, Włoch, Niemiec czy Francji. Ukraińskie piwo kosztuje w polskich sklepach 7-10 złotych, ogórki i pomidory konserwowe – nawet 15-20 złotych, majonez i sos w małym opakowaniu – 7-8 złotych gdy analogiczny polski produkt kosztuje 4-5 zł. Niskie koszty pracy w tym przypadku nie prowadzą do większej efektywności i niższych cen. Efekt ten znika gdzieś po drodze generując olbrzymie zyski dla ukraińskich oligarchów i pośredników. Na współpracy gospodarczej z Ukrainą można zarobić ogromne pieniądze – ale można też jeszcze więcej stracić. Ten kraj ma potencjał i dlatego namawiam do nauki języka ukraińskiego i poznawania ukraińskich realiów, ale przestrzegam przed hurraoptymizmem. Większe możliwości zarabiania pieniędzy na współpracy z Ukrainą pojawią się dopiero po wejściu Ukrainy do Unii Europejskiej, ze względu na ukrócenie schematów korupcyjnych oraz podporządkowanie ukraińskiego prawa i instytucji prawu i instytucjom unijnym.
Na drugim biegunie mamy Słowację, a zwłaszcza Wschodnią Słowację, obejmującą Kraj Koszycki i Kraj Preszowski. Mieszka tu 1,5 miliona ludzi – to mniej niż w Kijowie, a największe miasta są relatywnie małe: Koszyce (225 tys.), Preszów (90 tys.), Poprad (50 tys.). To sprawia, że wschodnia Słowacja jest permanentnie lekceważona przez decydentów z Warszawy i nie tylko, którzy na przykład odmawiają uruchamiania pociągów z Polski do Koszyc, tłumacząc to absurdalnymi wymówkami. W efekcie wschodnia Słowacja jest traktowana przez Polaków, nawet tych z tytułami naukowymi i obeznanych w świecie, jedynie jako cel turystyczny. Mało kto kojarzy natomiast tę część Słowacji z przemysłem i możliwościami współpracy gospodarczej oraz logistycznej.
Wyjątkiem jest polska branża morska, która akurat od lat docenia Słowację i Węgry jako potencjalnie atrakcyjne źródło ładunków dla polskich portów morskich, zwłaszcza w Gdańsku, Gdyni i Elblągu. W aktualnym numerze branżowego dwutygodnika „Namiary na morze i handel” jest pogłębiona analiza na ten temat, mojego autorstwa.
W odpowiedzi na zapytanie prasowe portalu „Port Europa”, Kraj Preszowski przesłał listę zakładów przemysłowych w regionie z potencjałem eksportowym, których produkty doskonale nadają się na eksport przez polskie porty morskie. Z pełną tabelką można się zapoznać w „Namiarach”, ale bardzo wymowna jest również ta grafika.

Inaczej niż w przypadku Ukrainy i Białorusi, których przemysł jest „widoczny z daleka”, słowackie zakłady przemysłowe są najczęściej małe, nowoczesne i nie rzucające się w oczy. Pamiętają Państwo słynną bitwę o Azowstal? Wielki zakład przemysłowy, z dymiącymi kominami, robiący wrażenie. Duża produkcja, ale o relatywnie niskiej wartości jednostkowej. Zakładów przemysłowych pod Tatrami niemal się nie zauważa. Jakaś nowoczesna hala produkcyjna w Popradzie, Kieżmarku czy Trstenie, z widokiem na Tatry, nawet tego widoku nie zaburzająca. Takich hal przemysłowych jest na Słowacji mnóstwo, podobnie jak w Polsce, a wychodzą z nich często produkty o wysokiej wartości i dużym potencjale eksportowym przez polskie porty morskie – same z kolei potrzebują importu surowców i podzespołów z krajów zamorskich, również te łańcuchy dostaw mogą obejmować porty Gdańska i Gdyni.
Słowackie ładunki w polskich portach są od lat, to nie jest tylko teoretyzowanie, że kraj ma potencjał i może kiedyś będzie można na tym zarobić. To właśnie odróżnia Słowację od Ukrainę, o której lubimy dyskutować jako o wielkiej szansie i potencjale na przyszłość (metale ziem rzadkich, powojenna odbudowa Ukrainy), a tu i teraz mamy kolejki i korupcję na granicy. Natomiast słowackich ładunków w polskich portach morskich może być dużo więcej, produkcja i eksport mogłyby być dużo wyższe, współpraca gospodarcza na linii Trójmiasto – Koszyce czy ogólnie na linii Pomorze – Wschodnia Słowacja również może i powinna być wyższa. Kluczowe są jednak lepsze połączenia kolejowe i drogowe – zarówno nowe inwestycje, jak i uruchomienie bezpośrednich pociągów.
Jedno z drugim się zresztą łączy. Słowacja stara się o zewnętrzne środki, aby zmodernizować swoje linie kolejowe prowadzące do granicy z Polską, kluczowe dla ruchu towarowego. Te modernizacje pomogą zwiększyć wolumen słowackich ładunków w polskich portach morskich. Aby jednak dostać dofinansowanie, Słowacy chcą w projekcie wykazać, że inwestycja poprawi również ofertę transportu publicznego, dlatego zależy im na uruchomieniu już teraz połączeń pasażerskich. Polska odmawia, tym samym Ministerstwo Infrastruktury działa na szkodę polskich portów morskich, które liczą na modernizację słowackich linii kolejowych prowadzących do Polski i na wzrost wolumenu słowackich ładunków w portach Gdańska i Gdyni.
Jakub Łoginow
Więcej takich tematów przeczytasz w ebookach:
Słowackie Tatry i inne góry transportem publicznym
Nieznany sąsiad. Podręcznik współpracy polsko-słowackiej
Białoruskie notatki. Czego się boi Łukaszenka?
Bratysława i Wiedeń. Przewodnik po sercu Europy
Nauka języków obcych:
Podręcznik języka ukraińskiego
Podręcznik języka białoruskiego
Podręcznik czeskiego słownictwa
