Nie jest łatwo być dziennikarzem piszącym o Ukrainie – w ostatnich tygodniach równie często wyzywano mnie od banderowskich świń, jak i ruskich onuc. Rzeczywistość Ukrainy jest bowiem dużo bardziej złożona, niż przedstawiają to obie strony polskiego sporu o Ukrainę. Wsparcie Ukrainy w jej wojnie ze zbrodniczą Rosją nie powinno być równoznaczne z akceptacją populistycznych i wręcz autorytarnych zachowań Wołodymyra Zełenskiego, ani z aprobatą wobec kultu UPA, Bandery i Szuchewycza czy przerzucaniem przez Kijów odpowiedzialności za usługi publiczne (świadczenia socjalne dla ukraińskich obywateli) na polskich podatników. Wyjazd na ukraińskie, całkiem bezpieczne Zakarpacie powinien być obowiązkowym punktem programu dla wszystkich, kto w polskich mediach i social mediach aktywnie komentuje ukraińską rzeczywistość. Polscy wolontariusze wspierający Ukrainę mimochodem przedstawiają nam Ukrainę jako niemalże upadły kraj, który nie jest w stanie zaopiekować się własnymi obywatelami, na przykład staruszkami przebywającymi w polskich domach opieki. Jest to absolutnie nieprawda. Zakarpacie pod wieloma względami przewyższa Polskę pod względem sprawnie działających procedur czy usług cyfrowych, wszyscy wszędzie płacą kartą lub telefonem – co eliminuje szarą strefę i unikanie podatków, a państwo funkcjonuje bardzo sprawnie, chociaż rzucają się w oczy duże dysproporcje społeczne.
Bezpieczne Zakarpacie
Zakarpacie nie jest reprezentatywne dla całej Ukrainy, to region najdalej wysunięty od frontu i odmienny pod każdym względem od całej reszty. Zamiast pomników Bandery i Szuchewycza, są tu pomniki i ulice węgierskich, rumuńskich, słowackich i czeskich poetów, pisarzy i liderów politycznych. W regionie jest całkowicie bezpiecznie, przebywanie tam niczym się nie różni od pobytu na Słowacji czy Węgrzech. To zupełnie inaczej, niż np. we Lwowie czy Tarnopolu, do których niestety regularnie dolatują rosyjskie rakiety i drony, czego skutkiem są ofiary śmiertelne.

Tym niemniej Zakarpacie pozwala odczarować polskie mity o Ukrainie, rozpowszechniane zarówno przez rosyjską i prorosyjską propagandę, jak i przez polskich przyjaciół Ukrainy. Użhorod i inne zakarpackie miasta (Chust, Mukaczewo) przeżywają niesamowity boom budowlany. Użhorod to jeden wielki plac budowy, jak grzyby po deszczu wyrastają tu nowe, co ważne bardzo ładne i eleganckie bloki, domy i kamienice. Przy czym inwestycjom tym daleko jest do kijowskiego przepychu i poradzieckiego kiczu, czy nawet do polskiego kiczu i dziadostwa deweloperskiego. Mnóstwo ludzi z całej Ukrainy, w tym z Kijowa, Charkowa, Odessy czy wschodniej i centralnej Ukrainy kupuje tu mieszkania i przeprowadza się na Zakarpacie, bo tu się po prostu żyje normalnie i bezpiecznie – jak w Polsce.



Ceny tych nowych mieszkań są oczywiście dość wysokie jak na zarobki przeciętnych Ukraińców, ale i tak dużo niższe, niż w Polsce. Jeżeli kogoś nie stać na mieszkanie w Użhorodzie, może wybrać Chust, Tiacziw, Berehowo czy inne mniejsze miasta, gdzie jest sporo taniej. W ostateczności można też kupić za grosze stary dom na którejś z bardziej zaniedbanych wiosek – może nie jest to wymarzone miejsce do życia, ale zawsze to bezpieczne schronienie na początek, po wyjeździe ze strefy frontu.
Praca tu generalnie jest – zarówno w rozwijającym się dynamicznie przemyśle, jak i w bardzo dobrze rozwiniętym handlu, usługach, gastronomii i turystyce. Na obrzeżach nawet mniejszych miast znajdziemy duże supermarkety budowlane, meblowe itp. które niczym się nie różnią od tych polskich. Ludzie rozwijają własne biznesy, żyją normalnie i zarabiają pieniądze – nierzadko dużo większe, niż my w Polsce. W całym regionie jest świetnie rozwinięta baza hotelowa, wypoczynkowa, gastronomiczna, w tym również lepsze niż na Słowacji aquaparki, dobre sanatoria, ośrodki rehabilitacyjne, ośrodki narciarskie.

Oczywiście Zakarpacie nie pomieści wszystkich, kto ucieka przed wojną i ostrzałami rakietowymi. Nadal jednak są tu spore rezerwy na rozwój miast i wsi, a i tak ten proces rozrastania się miast przebiega w sposób dużo bardziej uporządkowany urbanistycznie, niż np. w Gdańsku-Południe czy na gdyńskich dzielnicach takich jak Dąbrowa, Chwarzno-Wiczlino czy Karwiny. Użhorod ma 130 tysięcy mieszkańców. Nawet przy obecnej infrastrukturze spokojnie jest w stanie w ciągu kilku lat powiększyć się do poziomu miasta 200-250-tysięcznego, a i tak uciążliwości z tytułu takiego rozwoju będą dużo mniejsze, niż my w Polsce przeżywamy z nadmiernie burzliwego rozrastania się Gdańska, Warszawy, Krakowa czy betonowania pasa nadmorskiego.
Ukraina – wspaniali zwykli ludzie i cyniczni politycy
W Polsce i Słowacji wśród osób pozytywnie nastawionych do Ukrainy panuje irracjonalny kult Zełenskiego, który wciąż jest u nas postrzegany jako bohater z pierwszych dni wojny. To nonsens, bo Wołodymyr Zełenski jest przede wszystkim ogromnym cynikiem i populistą, a jego decyzje od początku kadencji bywają chaotyczne, niespójne, niezrozumiałe lub nawet szkodliwe dla Ukrainy. Zacznijmy od okresu sprzed wojny, z lat 2019-21, gdy Zełenski obciął środki na armię i przeznaczył je na budowę i remonty dróg, bagatelizując rosyjskie zagrożenie. Wśród części Ukraińców panuje opinia (niemożliwa do weryfikacji), że gdyby w 2019 roku drugą kadencję wygrał Petro Poroszenko, Putin nie odważyłby się na pełnoskalową wojnę, lecz dalej trwałby lokalny konflikt zbrojny na Donbasie. Putin traktował bowiem Zełeńskiego z pogardą, jako słabaka, komika, klauna, rzekomego narkomana, który swoim populizmem rozwali kraj od środka, a w pierwszych godzinach pełnoskalowej wojny ucieknie. Wobec Poroszenki miał pewien respekt, uważał go za silnego przywódcę. Jak wiemy, Zełenski nie okazał się słabakiem i tchórzem i za to zapisze się pozytywnie w historii Ukrainy. Ale populizm, absurdalna i szkodliwa porywczość, autorytarne skłonności oraz otaczanie się skorumpowanymi i przekupnymi ludźmi pozostała.
Absurdalne jest także polskie utożsamianie wszelkich sukcesów Ukrainy (na froncie, w gospodarce, przemyśle, cyfryzacji) z prezydentem. To oznacza totalne niezrozumienie realiów Ukrainy i jej charakteru, który jest wyjątkowo silnie zdecentralizowany – i nie mam tu na myśli samorządu terytorialnego. To właśnie odróżnia i zawsze odróżniało Ukrainę od Rosji. W Rosji zawsze był car lub inny silny przywódca (Stalin, Chruszczow, Breżniew, Putin) i panowała zasada jednoosobowego kierownictwa. Ukraina to tradycja kozacka, demokratyczna aż do przesady, chaosu i anarchii. Pod tym względem Ukraina trochę przypominała I Rzeczpospolitą, z jej szlacheckimi wolnościami, anarchią i liberum veto. Taki charakter państwa miała też Ukraina współczesna, po 1991 roku. Mimo silnej konstytucyjnie roli prezydentów, równowagę polityczną zapewniały walczące ze sobą klany oligarchiczne i grupy interesów. Ważnym ośrodkiem władzy jest i zawsze był parlament (Werchowna Rada) – nawet w czasach Janukowycza, który był najbardziej autorytarnym prezydentem w ukraińskiej historii. Każdy ukraiński prezydent musi się też liczyć z gniewem zwykłych ludzi, którzy bardzo chętnie wychodzą na ulice, w skrajnym przypadku organizując Majdany kończące karierę polityczną zbyt autorytarnych liderów.
W przypadku sukcesów na froncie, cyfryzacji państwa, rozwoju gospodarki i biznesu czy przemysłu dronowego, rzeczywistymi autorami tych sukcesów są tysiące zwykłych ludzi, w tym specjalistów, inżynierów, ekspertów, urzędników, menedżerów – a nie Zełenski. Co więcej, wiele dobrych spraw na Ukrainie dzieje się wręcz wbrew woli prezydenta, który otacza się ludźmi o nieciekawej opinii (cyniczni karierowicze, często o sowieckiej mentalności), a nie dzięki jego inicjatywie.


Pomoc socjalna dla Ukraińców wymaga rozwiązań systemowych, a nie wypychania świadczeń społecznych do Polski
Dyskusja o ograniczaniu części świadczeń dla obywateli Ukrainy przebywających w Polsce jest często przedstawiana w sposób zbyt uproszczony. Z jednej strony pojawia się narracja o Polsce wycofującej się z pomocy osobom uciekającym przed wojną. Z drugiej pomija się pytanie o odpowiedzialność państwa ukraińskiego za własnych obywateli oraz możliwość finansowania tej pomocy z międzynarodowych środków przeznaczonych na zabezpieczenie społeczne Ukrainy.
Według informacji opublikowanej przez Ministerstwo Finansów Ukrainy 1 lipca 2026 roku Ukraina otrzymała prawie 600 milionów dolarów w ramach finansowanego przez Bank Światowy projektu SPIRIT. Całkowita wartość programu wynosi 880 milionów dolarów, a jego realizację zaplanowano na lata 2026–2030.
Środki mają służyć finansowaniu świadczeń dla najsłabszych grup ludności, w tym rodzin z dziećmi, sierot i osób z niepełnosprawnościami, a także rozwojowi usług opiekuńczych. Warto więc postawić pytanie, czy część tych pieniędzy albo środków z podobnych programów nie powinna zostać przeznaczona również na pomoc obywatelom Ukrainy przebywającym w Polsce.
Polska i Ukraina powinny wypracować mechanizm, w ramach którego ukraiński budżet, wspierany przez Bank Światowy, Unię Europejską i państwa partnerskie, pokrywałby składki zdrowotne oraz część kosztów opieki nad najbardziej potrzebującymi obywatelami Ukrainy przebywającymi za granicą. W Polsce oznaczałoby to przekazywanie odpowiednich środków do NFZ, ZUS i placówek opiekuńczych.
Wymagałoby to modyfikacji programu SPIRIT albo stworzenia odrębnego instrumentu finansowego. Temat finansowania opieki nad obywatelami Ukrainy za granicą powinien stać się jednym z punktów rozmów między Warszawą a Kijowem.
Pomoc organizowana po 2022 roku przez wolontariuszy, samorządy, organizacje pozarządowe i osoby prywatne była niezbędna. Nie może jednak bezterminowo zastępować współpracy instytucji państwowych. Dojrzałe wspieranie Ukrainy oznacza tworzenie przejrzystych funduszy, procedur i jasno określonych przepływów finansowych.
Osobną kwestią jest pytanie, czy osoby starsze i schorowane będące obywatelami Ukrainy koniecznie MUSZĄ być uchodźcami w Polsce, gdzie koszty opieki, czynszów i wszelkich innych kwestii są dużo wyższe, niż na Zakarpaciu. W roku 2022 ewakuacja z Ukrainy za granicę była uzasadniona i racjonalna, bo nikt nie wiedział, czy Ukraina w ogóle przetrwa, czy nie padnie Kijów i jak będzie działać obrona przeciwlotnicza. Od kilku lat sytuacja Ukrainy jest stabilna w tym sensie, że na wschodzie, południu i w centrum jest skrajnie niebezpiecznie (ataki z powietrza), a na Zakarpaciu i Bukowinie oraz w karpackich kurortach obwodów Lwowskiego i Iwano-Frankowskiego jest bezpiecznie i wszystko doskonale działa. Racjonalną decyzją byłoby, aby opieka nad osobami chorymi i starszymi w większym stopniu odbywała się w ukraińskich Karpatach, w przyjemnym i naturalnym dla ukraińskich pensjonariuszy otoczeniu, a nie na obczyźnie. Oznacza to wyższy komfort ukraińskich pensjonariuszy, niższe koszty opieki, wyżywienia i usług medycznych (a zatem można efektywniej pomóc większej liczbie osób), lepsze jedzenie (bo zakarpacka kuchnia jest smaczniejsza i zdrowsza, niż ta serwowana w polskich ośrodkach), a także nowe miejsca pracy dla Ukraińców w branży HORECA, branży medycznej i sektorze opieki. Jak już wspomniałem, utrzymanie, wyżywienie i opiekę medyczną osób schorowanych jak najbardziej można finansować ze środków międzynarodowych – odpowiednie mechanizmy już stworzono i w wielu przypadkach lepiej jest realizować te usługi socjalne na zachodniej Ukrainie, zamiast na emigracji, gdzie te koszty są absurdalnie drogie (do polskich domów opieki i tak zatrudniane są przecież panie z Ukrainy, co jest ekonomicznym i logistycznym absurdem – zamiast tego obywatele Ukrainy mogą mieć pracę na miejscu – w Karpatach, za te same pieniądze, ale przy niższych kosztach utrzymania).

Alimenty również są odpowiedzialnością państwa. Ukraina nie jest państwem upadłym a żony ukraińskich żołnierzy dostają od nich pieniądze na dzieci
Dotyczy to także świadczeń rodzinnych i alimentacyjnych. W polskiej debacie często pojawia się argument o szczególnie trudnej sytuacji ukraińskich kobiet i dzieci, których mężowie i ojcowie służą w armii. Są to realne problemy, ale obowiązek utrzymywania rodziny nie znika z powodu wojny ani pobytu żony i dzieci za granicą.
Ukraińscy żołnierze otrzymują relatywnie spore wynagrodzenie (żołd) sięgające 8-10 tysięcy złotych lub więcej, a kwestie alimentacyjne reguluje ukraiński Kodeks rodzinny (Simejnyj kodeks Ukrajiny). Zastosowanie mają również polskie przepisy oraz umowy międzynarodowe. Nie należy więc traktować Ukrainy jak państwa upadłego, w którym nie istnieją żadne procedury prawne – a tak właśnie przedstawiają Ukrainę polscy przyjaciele Ukrainy i wolontariusze, co jest aberracją.
Jeżeli kobieta przebywająca w Polsce nie otrzymuje należnych alimentów od męża pozostającego w Ukrainie, zastosowanie mają mechanizmy współpracy transgranicznej. To wszystko jest już dawno uregulowane odpowiednimi przepisami, ich wykonaniem zajmują się odpowiednie urzędy w Polsce i Ukrainie, ukraińska kobieta chcąca wyegzekwować alimenty od męża z Ukrainy może w Polsce liczyć na bezpłatną pomoc prawną, psychologiczną oraz pomoc tłumacza. W określonych przypadkach świadczenia wypłaca polski Fundusz Alimentacyjny, który następnie powinien dochodzić zwrotu pieniędzy od ukraińskiego dłużnika.
Oczywiście można dyskutować, czy te procedury w praktyce zawsze działają sprawnie, czy nie ma kolejek w polskich urzędach, czy nie trzeba zwiększyć zatrudnienia lub wzmocnić wymianę informacji między polskimi i ukraińskimi urzędami. To są realne problemy nad którymi należy pracować, zamiast brać ludzi na litość i wiecznie organizować zrzutki na wszystko, które tylko przyczyniają się do irytacji części polskiego społeczeństwa i do wzrostu nastrojów antyukraińskich. Zamiast przedstawiać każdą sytuację jako problem, który powinien rozwiązać polski podatnik lub polscy wolontariusze, należy stworzyć profesjonalny polsko-ukraiński mechanizm alimentacyjny. Pomoc społeczna i alimenty nie mogą opierać się wyłącznie na dobrej woli pojedynczych osób.
Polityka historyczna a potrzeby obywateli
W tym samym czasie w Ukrainie trwa debata o polityce historycznej i budowie Panteonu Bohaterów Narodowych. W polskiej debacie szczególne emocje wywołują nazwiska Stepana Bandery, Romana Szuchewycza i Dmytra Klaczkiwskiego, znanego jako Kłym Sawur. Na szczęście, na Zakarpaciu kult UPA jest niemal całkowicie nieobecny.
Państwo samo określa jednak swoje priorytety. Jeżeli w czasie wojny znajdują się środki na rozbudowaną politykę pamięci, uzasadnione jest pytanie, czy równie konsekwentnie organizowana jest pomoc dla żyjących obywateli Ukrainy, w tym osób starszych, chorych i niesamodzielnych przebywających za granicą.
Rosyjskojęzyczni uchodźcy na Zakarpaciu przeszli na język ukraiński, Ukraińcy w Polsce mówią po rosyjsku i pielęgnują posowiecki sznyt
Ważnym spostrzeżeniem z pobytu w Użhorodzie i innych miastach Zakarpacia jest to, że niemal wszyscy Ukraińcy mówią tu po ukraińsku – a nie po rosyjsku (oczywiście jest też język węgierski, rumuński, słowacki, ale nie o tym jest mowa). To bardzo pozytywna uwaga, biorąc pod uwagę fakt, jak wielu mieszkańców Użhorodu stanowią osoby rosyjskojęzyczne, które przeniosły się tu ze wschodu Ukrainy.

Sytuacja ta bardzo kontrastuje z realiami znanymi z Polski, gdzie przeważająca większość przyjezdnych z Ukrainy mówi po rosyjsku i co gorsza, w języku rosyjskim wychowuje swoje dzieci. Migranci i uchodźcy wewnętrzni ze wschodniej Ukrainy, którzy przeprowadzili się na Zakarpacie, bez problemu nauczyli się języka ukraińskiego, przeszli całkowicie na komunikację w tym języku i w języku ukraińskim wychowują swoje dzieci. Ich dzieci będą normalnymi, ukraińskojęzycznymi, dumnymi Ukraińcami, bez doświadczenia życia w zawieszeniu, bez narażania się na antyukraińskie zaczepki. Tacy sami rosyjskojęzyczni Ukraińcy mieszkający w Polsce nauczyli się oczywiście polskiego, ale nie nauczyli się ukraińskiego i nie chcą mówić w tym języku. Do swoich dzieci od małego mówią tylko po rosyjsku i po polsku, słuchają rosyjskiej muzyki, oglądają rosyjskojęzyczne filmy i bajki animowane, pozostają w poradzieckiej przestrzeni językowo-mentalnej. Nic dziwnego, że takie osoby i ich nieco aroganckie zachowanie wywołują wśród części Polaków irytację, co prowadzi do (już nieuzasadnionych) antyukraińskich nastrojów i polsko-ukraińskich konfliktów.
Paradoksalne i trudne dla Polski skutki tej sytuacji pojawią się za 10-15 lat, gdy te rosyjskojęzyczne dzieci dorosną. Mała Tetiana lub mały Wania żyjący od urodzenia w Gdańsku będą miały dwa doświadczenia – języka ROSYJSKIEGO kojarzącego się z mamą, dzieciństwem i bajkami czytanymi po rosyjsku na dobranoc oraz języka polskiego. W tej rzeczywistości małego gdańskiego “Ukraińca” nie ma jednak miejsca na język ukraiński, bo ukraińskie rosyjskojęzyczne mamy o to nie zadbały. Te osoby w wieku 15 – 20 lat nie będą miały więzi z językiem ukraińskim i będzie im mentalnie i językowo bliżej do rówieśników z pobliskiego Królewca, który leży 120 km od Gdańska, podczas gdy Ukraina jest położona aż 700 km dalej. Polska miała to szczęście, że w odróżnieniu od Łotwy i Estonii, nie mieliśmy problemu licznej mniejszości rosyjskojęzycznej. To już nieaktualne, za 10 lat będziemy mieli milion rosyjskojęzycznych, którzy wcale nie będą odczuwali specjalnej więzi z Ukrainą, a będą po prostu homo sovieticus.
Solidarność nie wyklucza krytyki
Wspieranie Ukrainy nie powinno oznaczać rezygnacji z zadawania trudnych pytań. Krytyka konkretnych decyzji władz w Kijowie nie jest równoznaczna z kwestionowaniem prawa Ukrainy do obrony przed rosyjską agresją. Solidarność nie powinna również prowadzić do przemilczania problemów związanych z korupcją, polityką społeczną, praworządnością czy relacjami z Polską.
Część polskich środowisk proukraińskich traktuje debatę o Ukrainie zbyt zero-jedynkowo: albo ktoś bez zastrzeżeń popiera działania Kijowa, albo zostaje uznany za osobę sprzyjającą Rosji. Taki sposób myślenia nie pomaga ani Polsce, ani Ukrainie. Utrudnia wywieranie presji na reformy i budowę dojrzałych, partnerskich relacji.
Ukraina nie jest państwem upadłym. Ma własne instytucje, system prawny, budżet oraz dostęp do dużych międzynarodowych programów pomocowych. Właśnie dlatego należy od niej oczekiwać współodpowiedzialności za los własnych obywateli przebywających za granicą.
Najlepszą formą solidarności nie są kolejne doraźne zbiórki, lecz rozwiązania systemowe. Program SPIRIT pokazuje, że pieniądze na politykę społeczną istnieją. Zadaniem rządów w Warszawie i Kijowie jest takie ułożenie współpracy, aby środki te służyły również najbardziej potrzebującym obywatelom Ukrainy przebywającym w Polsce.
Jakub Łoginow
Autor jest polskim dziennikarzem, specjalizującym się w tematyce Ukrainy, Słowacji, Białorusi, Austrii, gospodarki morskiej, transportu i energetyki. Od 20 lat współpracuje z kijowskim tygodnikiem analitycznym „Dzerkało Tyżnia” (od 2006 roku), od 10 lat ze słowackim Dennikiem N (od 2016 roku). Regularnie pisze o portach morskich i żegludze dla dwutygodnika „Namiary na morze i handel”, regularnie współpracował m. in. z Dziennikiem Gazetą Prawną, publikował w tygodniku „Polityka”, „Wprost” i Baltic Transport Journal. Właściciel i założyciel portalu Port Europa, analityk transportowy, działa społecznie na rzecz lepszego transportu publicznego i przeciwdziałania wykluczeniu komunikacyjnemu.
Ważne tematy wymagają żmudnej pracy, która nie zawsze jest doceniana. Postaw kawę dla Jakub Łoginow – Lepszy transport publiczny – buycoffee.to i wspieraj ten portal – z góry dziękuję!
Równie ważną formą wsparcia finansowego portalu jest zakup ebooków z poniższej listy. Wpływy ze sprzedaży pozwalają mi na przygotowywanie materiałów dziennikarskich oraz pokrycie kosztów funkcjonowania portalu. Zachęcam do nauki języka ukraińskiego, słowackiego, białoruskiego z moich ebooków. Zakarpacie i Słowację opisałem w przewodniku Słowackie Tatry i inne góry transportem publicznym – również zachęcam do zakupu i lektury.
Słowackie Tatry i inne góry transportem publicznym
Nieznany sąsiad. Podręcznik współpracy polsko-słowackiej
Białoruskie notatki. Czego się boi Łukaszenka?
Bratysława i Wiedeń. Przewodnik po sercu Europy
Nauka języków obcych:
Podręcznik języka ukraińskiego
Podręcznik języka białoruskiego
Podręcznik czeskiego słownictwa
