Ukraina wypada z pierwszej fali rozszerzenia UE. Mołdawia i Czarnogóra idą do przodu [ANALIZA]

Ukraina i Mołdawia otworzyły pierwszy klaster negocjacji akcesyjnych z Unią Europejską. To jest niewątpliwy sukces, i to duży. Problem w tym, że część komentatorów odczytała to wydarzenie zbyt optymistycznie, jakby sam fakt otwarcia klastra oznaczał już przełom na drodze Ukrainy do szybkiego członkostwa w UE. Moim zdaniem może być dokładnie odwrotnie: to właśnie teraz zaczyna się moment, w którym Mołdawia może od Ukrainy odjechać i wejść do UE przed nią, Czarnogóra wejść do Unii pierwsza, a Ukraina przez własne błędy trafić do odległego pakietu państw problematycznych – z Serbią, Bośnią, Kosowem, Armenią i Turcją. I utknąć tam na lata, nawet do 2040-50 roku.

Zacznę od rzeczy najważniejszej, żeby nie było nieporozumień i szufladkowań. Jestem zwolennikiem szybkiego wejścia Ukrainy do Unii Europejskiej, pod warunkiem przeprowadzenia niezbędnych reform, najlepiej do 2030 roku. Byłem nim wtedy, gdy temat Ukrainy w UE wydawał się wielu osobom egzotyczny albo nierealny. Byłem aktywnym uczestnikiem Pomarańczowej Rewolucji i Euromajdanu, od lat śledzę ukraińskie reformy eurointegracyjne, zwłaszcza w transporcie, kolei, gospodarce morskiej, telekomunikacji, ruchu bezwizowym i przejściach granicznych. Interesują mnie nie tylko wielkie deklaracje polityczne, ale przede wszystkim te nudne, techniczne, urzędnicze sprawy, które ostatecznie decydują o tym, czy państwo rzeczywiście jest gotowe do członkostwa w UE. I właśnie dlatego piszę ten tekst z żalem, a nie z satysfakcją.

Ukraina po rosyjskiej agresji dostała historyczne okno możliwości, które administracja Zełeńskiego niestety zmarnowała. Przez 20–30 lat wiele państw Zachodu, zwłaszcza Niemcy i Francja, nie chciało poważnie rozmawiać nawet o statusie kandydata dla Ukrainy. Wszystko zmieniło się po 2022 roku – już w lutym 2022 Ukraina i Mołdawia złożyły wnioski o członkostwo (o 30 lat za późno, ale OK), w ekspresowym tempie otrzymały status kandydatów, rozpoczęto screening, a teraz otwarto pierwszy klaster negocjacyjny. Tego okna możliwości nie otworzyły same konferencje, dyplomacja i unijne dokumenty. Otworzyła je także krew ukraińskich żołnierzy i cywilów, ich poświęcenie, cierpienie i fakt, że Ukraina stała się dla Europy państwem frontowym. Tym bardziej szkoda byłoby, gdyby Kijów tę szansę zmarnował przez korupcję, opieszałość reform, źle rozumianą dumę, politykę historyczną i coraz większą militaryzację debaty publicznej.

Najtrudniejszy rozdział: Podstawy. Dziś Polska, Czechy i Węgry by go nie zaliczyły i nie weszły do UE

To po kolei. Ukraina i Mołdawia otworzyły pierwszy klaster rozmów akcesyjnych. Są więc mniej więcej w tym miejscu, w którym Polska była w 1998 roku, a Słowacja i Litwa w 1999 roku. To jest ważny moment, ale każdy, kto pamięta proces rozszerzenia z początku lat dwutysięcznych, wie, że otwarcie negocjacji to dopiero początek ciężkiej pracy. Turcja też miała moment wielkiego entuzjazmu w 2005 roku, gdy po dziesięcioleciach starań rozpoczęła rozmowy akcesyjne. Kilka rozdziałów nawet wstępnie uzgodniono, ale dziś nikt poważny nie zakłada szybkiego wejścia Turcji do UE. Dlatego nie wystarczy powiedzieć: „otworzyli klaster, więc Ukraina idzie do Unii”. Trzeba zapytać, jaki to klaster, czego dotyczy i czy Ukraina ma wolę oraz zdolność przejść przez najtrudniejszą część negocjacji.

A pierwszy klaster, czyli „Podstawy”, jest właśnie najtrudniejszy. Nie chodzi w nim o porty morskie, kolej, telekomunikację, przemysł, handel czy normy techniczne, choć to wszystko też jest trudne i wymaga ogromnej pracy. Chodzi o sądy, prokuraturę, prawa człowieka, prawa mniejszości, równe traktowanie, administrację publiczną, zamówienia publiczne, kontrolę finansową, antykorupcję i realne wykonywanie prawa, czyli kwestie dla Ukrainy najtrudniejsze. Co ważne: korupcjonerzy z otoczenia Zełeńskiego od kilku lat stosują trik: przygotowują ambitną ustawę formalnie zgodną z unijnymi zasadami, ale jej przestrzeganie jest fikcją. Zresztą, nie tylko Ukraina ma z tym problem: w Polsce na podobnej zasadzie kwitnie korupcja i nepotyzm w samorządach, gdzie formalnie są uczciwe konkursy i przetargi, a faktycznie te konkursy są często ustawione i intratne posady oraz zlecenia otrzymują członkowie partii politycznych lub znajomi wójta.

Od nowego wymaga się więcej

Ktoś może powiedzieć: no dobrze, ale Ukraina jest w stanie wojny, więc nie można od niej wymagać tego samego co od państwa żyjącego w pokoju. Oczywiście, że nie można wymagać wszystkiego w taki sam sposób. Nikt rozsądny nie będzie oczekiwał, że Ukraina na terenach przyfrontowych wdroży wszystkie normy środowiskowe, transportowe czy administracyjne tak jak spokojna Austria albo Dania. Nikt nie będzie udawał, że w Charkowie czy Zaporożu da się dziś wprowadzić system kaucyjny i nikt tego typu rozwiązań nie oczekuje. Ale wojna nie tłumaczy korupcji, nieprzejrzystych zamówień publicznych, słabej egzekucji prawa, niszczenia przyrody na Zakarpaciu, obchodzenia norm jakości żywności w zakładach położonych daleko od frontu czy praktyki polegającej na tym, że prawo wygląda europejsko na papierze, a w realnym życiu i tak każdy załatwia sprawy po staremu.

My w Polsce bardzo dobrze znamy ten mechanizm. Teoretycznie procedury są, konkursy są, ustawy są, kontrola jest, wszystko wygląda po europejsku, a później okazuje się, że konkurs był pod konkretną osobę, stanowisko czekało na „swojego”, procedurę dało się obejść, a zwykły obywatel ma zupełnie inne państwo niż polityk, działacz partyjny czy VIP. Tyle że my już jesteśmy w Unii, a Ukraina dopiero chce do niej wejść. Kandydatowi do UE takich rzeczy się nie odpuszcza, podczas gdy na Węgrzech o wiele większe naruszenia praworządności nie spowodowały wyrzucenia Węgier z UE. Nam też w latach przedakcesyjnych wielu rzeczy nie odpuszczano, nawet jeśli stare kraje UE same miały swoje niekonsekwencje i patologie. Tak po prostu działa proces rozszerzenia: ten, kto już siedzi przy stole, może sobie pozwolić na więcej, a ten, kto dopiero puka do drzwi, musi być bardziej gorliwy niż gospodarze.

To niesprawiedliwe, ale tak jest wszędzie. W nowej pracy trzeba się bardziej starać niż stary pracownik, któremu wiele rzeczy uchodzi na sucho. Na uczelni asystent i doktor muszą być skrupulatni, a profesor może mieć wywalone. Państwo kandydujące musi być świętsze od papieża, nawet jeśli państwa członkowskie same często zachowują się daleko od ideału. Gdyby Polska dziś dopiero wchodziła do UE, z naszymi sporami o sądy, Trybunał Konstytucyjny, neosędziów i całym chaosem praworządnościowym, też miałaby ogromny problem z przejściem klastra „Podstawy”. Słowacja, Czechy czy Węgry również nie miałyby dziś lekko. Różnica polega na tym, że my już jesteśmy w środku, a Ukraina dopiero chce wejść, więc nie może udawać, że wystarczy ogólna proeuropejska deklaracja i wojenne bohaterstwo.

Ukraina ma postępy w rozdziałach technicznych, których na razie nie otwarto

Właśnie dlatego Zełeńskiemu i jego ekipie zależało na otwarciu od razu wszystkich sześciu klastrów. To byłby bardzo wygodny politycznie scenariusz. W najtrudniejszym klastrze, czyli w „Podstawach”, można byłoby powoli dłubać przy sądach, prokuraturze, antykorupcji, prawach człowieka i administracji, a równocześnie szybko zamykać bardziej techniczne obszary: transport, handel, telekomunikację, porty morskie, przemysł, ochronę środowiska, gospodarkę odpadami, rolnictwo czy energetykę. Ukraina ma w tych sektorach realny dorobek, bo dostosowywanie do UE trwa od czasów Kuczmy i premiera Juszczenki, później Poroszenki, umowy stowarzyszeniowej, pogłębionej strefy wolnego handlu i ruchu bezwizowego. W wielu obszarach technicznych można więc robić szybkie postępy, tworząc wrażenie, że negocjacje idą jak burza.

Taki plan byłby dla Kijowa wygodny również dlatego, że po zamknięciu dużej liczby rozdziałów technicznych łatwiej byłoby politycznie naciskać na Brukselę i państwa członkowskie: skoro 70 czy 80 procent pracy już wykonano, to może dopchnijmy kolanem te najtrudniejsze kwestie, może przymknijmy oko, może nie blokujmy całego procesu z powodu sądów, prokuratury czy korupcji. Tyle że Unia Europejska wyciągnęła wnioski z poprzednich rozszerzeń. Dziś nie wystarczy uchwalić ustawę, tylko trzeba ją stosować – i to konsekwentnie. Nie wystarczy powołać instytucję, trzeba zapewnić jej niezależność. A wartości europejskie trzeba praktykować także wtedy, gdy są niewygodne, gdy ograniczają władzę, gdy przeszkadzają oligarchom, politykom i ludziom przyzwyczajonym do państwa działającego „po swojemu”.

Pakiet Ukraina-Mołdawia zapewne zostanie rozerwany. To dobrze dla Mołdawii, fatalnie dla Kijowa

W tle mamy jeszcze kwestię Mołdawii. Przez ostatnie lata Ukraina i Mołdawia były w Brukseli traktowane jako nierozerwalny pakiet kandydacki i był to sprytny pomysł. Państwa bardziej promołdawskie, jak Rumunia, Francja, Włochy, Hiszpania, Austria, Belgia czy Bułgaria, musiały akceptować to, że w pakiecie rozszerzenia jest też Ukraina. Państwa bardziej proukraińskie, jak Polska, Litwa, Łotwa, Estonia, Czechy, Słowacja, Niemcy czy Słowenia, musiały z kolei wspierać także Mołdawię. Do tego dochodziły Bałkany Zachodnie, zwłaszcza Czarnogóra, Albania i Macedonia Północna. W idealnym scenariuszu można było sobie wyobrazić wielkie rozszerzenie około 2030 roku, trochę na wzór rozszerzenia z 2004 roku: Ukraina, Mołdawia, Czarnogóra, Albania i Macedonia Północna wchodzą razem w roku 2029, z pewnym przymknięciem oka na problemy w każdym z państw, tak jak przymknięto oko na część polskiego dziadostwa, biedę wsi i korupcję rządu Leszka Millera, a później na liczne problemy Rumunii i Bułgarii.

Taki pakiet zaczyna się jednak sypać, i to nie dlatego, że Mołdawia ma łatwo. Mołdawia nie ma łatwo w żadnym sensie. Ma Naddniestrze, rosyjskie wpływy, Gagauzję, słabą gospodarkę, zniszczoną infrastrukturę, rachityczny dostęp do morza, marną kolej i brak wielkiego przemysłu. Ale Mołdawia robi to, czego od państwa kandydującego oczekuje Unia: spokojnie, konsekwentnie, pozytywistycznie wdraża reformy, pracuje nad instytucjami, rozwiązuje swoje problemy metodą kija i marchewki, a nie romantycznego wymachiwania szabelką. Mołdawianie nie budują swojej europejskości na kulcie totalitarnych oddziałów wojskowych, nie robią z polityki historycznej religii państwowej i nie próbują zastąpić reform samym cierpieniem oraz moralnym szantażem wobec Zachodu. Właśnie dlatego, mimo wszystkich obiektywnych słabości, Mołdawia może Ukrainę wyprzedzić. I to już się dzieje, co przyznają sami Ukraińcy.

Czarnogóra jest jeszcze dalej. W Polsce prawie się o niej nie mówi, bo wszyscy patrzą na Ukrainę, czasem na Mołdawię, a Bałkany Zachodnie traktuje się jako nudny dodatek. Tymczasem to Czarnogóra jest dziś najbliżej mety i może wejść do UE jako pierwsza, bo już zamknęła całość negocjacji akcesyjnych. Zasadniczo Czarnogóra jest gotowa, by wejść do Unii Europejskiej sama, 1 stycznia 2028. Na razie jeszcze państwa unijne starają się sztucznie opóźniać wejście Czarnogóry, by razem z nią weszły jeszcze inne kraje, bo z różnych względów dąży się, by rozszerzenia objęły co najmniej dwu lub kilku kandydatów równocześnie. Przykładowo, w 1995 roku rozszerzenie objęło trzy państwa: Austrię, Szwecję i Finlandię, w 2004 – 10 krajów (w tym Polskę), a w roku 2007 – Rumunię i Bułgarię. Rozszerzenie tylko o jeden kraj stosuje się wyjątkowo, tylko wtedy, gdy żaden inny kandydat nie jest na podobnym poziomie – przykładowo, w 2013 roku UE rozszerzyła się tylko o Chorwację. Czarnogóra może być kolejna.

Na kogo zatem czekamy, by spakietować go z Czarnogórą? Najbliżej członkostwa jest Albania, choć ma swoje problemy z korupcją i aferami, w tym zwłaszcza ostatnie protesty wokół budowy kurortu na terenach cennych przyrodniczo, powiązanego z Donaldem Trumpem. Macedonia Północna mogłaby wrócić do gry, jeśli uda się przełamać polityczne blokady związane z tożsamością narodową i mniejszością bułgarską.

W takim układzie scenariusz nie musi już wyglądać tak, że Ukraina jest centralnym państwem wielkiego rozszerzenia. Może być tak, że najpierw wchodzi Czarnogóra, później Mołdawia, Albania i może Macedonia Północna, a Ukraina trafia do następnego pakietu z Serbią, Kosowem, Bośnią i Hercegowiną, być może Gruzją albo Armenią. Czyli z państwami, które będą się latami kisić w negocjacjach, sporach, konfliktach, blokadach i niedokończonych reformach. Nawet do 2050 roku.

Bandera realnie zaszkodził ukraińskiej eurointegracji

No i teraz temat, którego wielu Ukraińców oraz część polskich przyjaciół Ukrainy nie chce słyszeć: Bandera i UPA. Formalnie nie ma to nic wspólnego z negocjacjami akcesyjnymi, bo nie istnieje rozdział akcesyjny pod tytułem „stosunek do Bandery”. Praktycznie ma to jednak ogromne znaczenie, bo polityka historyczna, wartości, pamięć i pojednanie wpływają na decyzje państw członkowskich, a każde z nich ma w procesie rozszerzenia prawo weta. Ukraina szkodzi sobie gloryfikacją OUN-UPA nie tylko dlatego, że w Polsce kojarzy się to z ludobójstwem na Wołyniu, choć to oczywiście też. Szkodzi sobie również dlatego, że tradycja OUN-UPA nie jest tradycją demokratyczną, pluralistyczną, europejską, samorządową, otwartą na mniejszości i prawa człowieka.

Nawet gdyby UPA nie zamordowała ani jednego Polaka, kult tej formacji nadal byłby nie do pogodzenia z europejskimi aspiracjami Ukrainy. Wizja państwa proponowana przez skrajnych nacjonalistów ukraińskich nie była wizją Ukrainy z wolnymi wyborami, niezależnymi sądami, prawami mniejszości, pluralizmem i samorządem. Była to wizja państwa nacjonalistycznego, zamordystycznego, jednopartyjnego, brutalnego, w którym nie byłoby miejsca dla liberalnego Ukraińca, socjalisty, demokraty, Czecha, Słowaka, rzymskiego katolika, geja czy kogokolwiek, kto nie mieściłby się w jednej obowiązującej definicji narodu.

Zełeńskiemu udało się skonsolidować znaczną część społeczeństwa wokół wojennej mobilizacji, co w warunkach rosyjskiej agresji jest zrozumiałe. Problem w tym, że Ukraina coraz mocniej wchodzi w kulturę militarną, a ta kultura zaczyna przykrywać temat reform. Podobne zjawisko widzę zresztą w polskich środowiskach proukraińskich, których sam jestem częścią. Coraz częściej liczą się tylko drony, rakiety, sprzęt wojskowy, samochody na front, zabijanie Rosjan, fajerwerki w Moskwie i symbolika wojny. Natomiast „moje” tematy, czyli reformy kolei, integracja transportowa, zamówienia publiczne, gospodarka odpadami, normy żywnościowe, sądy, administracja, czy podział Ukrzaliznyci na trzy spółki jako warunek realnej integracji z unijnym rynkiem kolejowym prawie nikogo już nie obchodzą, bo są mało efektowne i nie dają się łatwo sprzedać w mediach społecznościowych.

A przecież to właśnie te nudne rzeczy decydują o członkostwie w UE. Żołnierze bronią państwa i ich poświęcenie jest bezdyskusyjne, ale państwo do Unii wprowadzają reformatorzy, prawnicy, urzędnicy, inżynierowie, eksperci od kolei, portów morskich, żeglugi śródlądowej na Dunaju, transportu, energetyki, gospodarki odpadami, kontroli finansowej i zamówień publicznych. To oni robią pracę, która nie nadaje się na bohaterskie filmiki, nie ma w niej romantycznej szarży ani wojennych fajerwerków, ale bez niej nie ma członkostwa. Ukraina potrzebuje armii, bo bez armii nie przetrwa. Ale jeśli chce wejść do UE, potrzebuje przede wszystkim pozytywistów-ekspertów, reformatorów i nudnych ludzi od procedur, których dziś debata publiczna coraz częściej wypycha na margines.

Ukraina jako nowa Turcja lub Azerbejdżan

Coraz bardziej boję się scenariusza, w którym Ukraina stanie się nową Turcją: państwem strategicznie ważnym, militarnie silnym, częściowo zintegrowanym z Zachodem, stowarzyszonym z UE, z ruchem bezwizowym i strefą wolnego handlu, ale bez realnej perspektywy pełnego członkostwa. Śmieszą mnie przy tym propozycje jakiegoś „członkostwa stowarzyszonego”, bo Ukraina już jest stowarzyszona z UE – od 2017 roku. Ma umowę stowarzyszeniową, pogłębioną strefę wolnego handlu, ruch bezwizowy i integrację sektorową. A od 1 stycznia 2026 również bezpłatny roaming z UE. Problem polega na tym, że Ukraina może nie chcieć wykonać ostatniej, najtrudniejszej części pracy potrzebnej do pełnego członkostwa, bo źle rozumiana duma, kultura militarna, oligarchiczne interesy i niechęć do realnej kontroli instytucji mogą okazać się silniejsze, niż europejskie reformy.

Do tego dochodzi Polska. Ukraina przez lata miała problem z blokadą węgierską i Orbán był wygodnym symbolem złego aktora blokującego europejską drogę Kijowa. Dziś sytuacja jest bardziej skomplikowana. Widać, że Kijów potrafi z Węgrami negocjować, zaciskać zęby i iść na ustępstwa, jeśli uzna to za konieczne. Wobec Polski tej gotowości często nie widać, a Polska nie jest dla Ukrainy zwykłym państwem członkowskim gdzieś na mapie UE. Jesteśmy zapleczem logistycznym, humanitarnym i politycznym, przez Polskę szła pomoc, uchodźcy, broń, transport, dyplomacja i presja na Zachód. Jeżeli Kijów zraża do siebie Warszawę, to sam podcina gałąź, na której siedzi, bo w procesie akcesyjnym nie wystarczy mieć rację moralną i geopolityczną. Trzeba jeszcze mieć sojuszników, którzy w decydującym momencie nie powiedzą „dość”.

Paradoksalnie za jednego z adwokatów szybkiej ścieżki Ukrainy może robić dziś Słowacja Roberta Ficy, i to ma swoją logikę. Słowacja nie boi się ukraińskiego rolnictwa tak jak Polska, a wschodnia Słowacja, Zemplin i biedne doliny Preszowszczyzny mogą realnie zyskać na wejściu Zakarpacia do UE. Węgrzy też mogą widzieć w rozwoju Zakarpacia swoją szansę. Na Podkarpaciu i Lubelszczyźnie takiego entuzjazmu nie ma, bo tam dominuje raczej obawa o konkurencję w rolnictwie, transporcie, lokalnej gospodarce i na rynku pracy. Tym bardziej Ukraina powinna z Polską rozmawiać mądrze, cierpliwie i z wyczuciem, a nie udawać, że problemu nie ma albo że polskie wątpliwości to wyłącznie histeria, rusofilia czy historyczna obsesja.

Ukraina po raz kolejny marnuje swoją szansę na własne życzenie

Moja prognoza jest dziś niestety pesymistyczna. Mołdawia będzie spokojnie szła do przodu, nie bez problemów, nie bez rosyjskich prowokacji, nie bez kryzysów politycznych, ale konsekwentnie. Czarnogóra jest blisko mety. Albania i Macedonia Północna są na ostatniej prostej, ale mają dosłownie jeden-dwa problematyczne kwestie do rozwiązania. Ukraina natomiast może wypaść z pierwszej fali rozszerzenia i trafić do następnego pakietu państw problematycznych, razem z tymi kandydatami, których negocjacje będą ciągnąć się latami przez konflikty, blokady, spory historyczne i niewydolne instytucje. Byłoby to tym bardziej gorzkie, że Ukraina wielokrotnie w swojej najnowszej historii dostawała szanse na przyspieszenie europejskiej drogi — w latach dziewięćdziesiątych, po Pomarańczowej Rewolucji, w czasie Partnerstwa Wschodniego, po Euromajdanie — i za każdym razem entuzjazm zderzał się później z oligarchią, korupcją, brakiem reform i politycznym chaosem.

Ukraina walczy dziś nie tylko z Rosją, ale także z własną skłonnością do marnowania momentów, w których historia otwiera jej drzwi do Europy. I niestety, w tej drugiej walce nie wygląda dziś na państwo, które pewnie zmierza do zwycięstwa.

Jakub Łoginow

I tradycyjnie, mimo całego rozczarowania, uważam, że Polska, Ukraina, Słowacja, Czechy, demokratyczna Białoruś i cały region muszą ze sobą współpracować. Trzeba rozwijać transport, kolej, porty, przejścia graniczne, biznes, edukację i kontakty społeczne. Trzeba znać języki sąsiadów, czytać ich media, rozumieć ich dokumenty, debaty i interesy. Mamy to szczęście, że ukraiński, białoruski, słowacki i czeski są dla Polaków językami relatywnie łatwymi do biernego opanowania, a już samo rozumienie tekstów i wypowiedzi publicznych daje ogromną przewagę nad komentowaniem regionu na podstawie emocji, stereotypów i nagłówków. Ucz się języka ukraińskiego, białoruskiego i słowackiego z naszych ebooków.

Ważne tematy wymagają żmudnej pracy, która nie zawsze jest doceniana. Postaw kawę dla Jakub Łoginow – Lepszy transport publiczny – buycoffee.to i wspieraj ten portal – z góry dziękuję!

Równie ważną formą wsparcia finansowego portalu jest zakup ebooków z poniższej listy. Wpływy ze sprzedaży pozwalają na utrzymanie tej strony oraz na pokrycie kosztów funkcjonowania portalu i nie tylko.

Słowackie Tatry i inne góry transportem publicznym

Nieznany sąsiad. Podręcznik współpracy polsko-słowackiej

Białoruskie notatki. Czego się boi Łukaszenka?

Bratysława i Wiedeń. Przewodnik po sercu Europy

Nauka języków obcych:

Podręcznik języka ukraińskiego

Podręcznik języka białoruskiego

Podręcznik języka słowackiego

Podręcznik czeskiego słownictwa