Ukraina Zełeńskiego jak Słowacja w 1999 roku. Dlaczego proukraińscy Polacy nie wierzą w przyjęcie Ukrainy do UE za cztery lata? 

W ostatnim czasie dość często apeluję do Ukraińców o przyspieszenie reform i szybkie wejście do Unii Europejskiej, a do polskich przyjaciół Ukrainy – o priorytetowe wsparcie właśnie tego szybkiego rozszerzenia Unii o Ukrainę, Mołdawię, Albanię, Czarnogórę i Macedonię Północną. Na podstawie już zrealizowanych reform i doświadczeń innych państw twierdzę, że priorytetem dla Kijowa powinno być maksymalne skupienie się na negocjacjach akcesyjnych tak, by zakończyć je w grudniu 2026, w roku 2027 przejść proces ratyfikacji w parlamencie, a pełne członkostwo uzyskać już w roku 2028 – 2030. Zaznaczam, że czasu jest mało, trzeba odłożyć na bok wiele spraw pobocznych i skupić się na wsparciu ukraińskich reform, w tym podziału kolei i reformy transportu publicznego, o czym w Polsce i Ukrainie niemal nic się nie mówi. Krytykuję też Zełeńskiego – uważam, że może zmarnować tę szansę, że lepszy byłby Poroszenko, który by się spiął i zakończył te negocjacje do grudnia 2026 uzyskując członkostwo w roku 2028. Symptomatyczna jest jednak reakcja polskich proukraińskich wolontariuszy i aktywistów oraz zwykłych przyjaciół Ukrainy czy przedstawicieli ukraińskiej mniejszości w Polsce. “To nierealne, Ukraina potrzebuje jeszcze dziesięcioleci by spełnić kryteria akcesji” – pisze wielu z nich, i to akurat tych proukraińskich. 

Takie opinie są dla mnie zdumiewające, bo fakty mówią co innego. “Wszyscy” podchodzą do ukraińskiego członkostwa w UE jak do procesu, który zaczął się dopiero wczoraj, a Ukrainę – tak jakby startowała od zera, od komunizmu i transformacji ustrojowej. Tymczasem Ukraina obaliła komunizm i zaczęła transformację rynkową w latach 1990-92, próbując budować państwo na wzór Europy Zachodniej. Włącznie z prywatyzacją (tak, dziką i złodziejską), utworzeniem giełdy papierów wartościowych, przejściem na normalne warunki rynkowe, wpuszczeniem zachodniego kapitału, przyjmowaniem europejskich wzorców w przemyśle, usługach i bankowości. Owszem, lata 90-te to był czas olbrzymiej recesji i marazmu, ale nawet wtedy Ukraina już się reformowała w stylu zachodnim. Choćby tworząc nowoczesny sektor bankowy czy modernizując przemysł spożywczy. Zakłady piwowarskie Oboloń czy browar w Czernihowie już w 2002 roku były tak samo nowoczesne i spełniały te same normy zarządzania jakością, jak browary w Niemczech czy Polsce. I do tej transformacji i modernizacji na wzór Europy Zachodniej wcale nie był potrzebny oficjalny kurs na członkostwo w UE – podobnie modernizowała się również jelcynowska Rosja czy nawet łukaszenkowska Białoruś. A młodzi ludzie już w latach 2000 – 2005 na prestiżowych kijowskich i mińskich uniwersytetach uczyli się zachodnich standardów managementu i zarządzania jakością. Dziś mają 40 lat i od czasu studiów żyli w świecie, który uczył ich zachodnich, a nie radzieckich standardów ekonomii, zarządzania i norm technicznych, choćby dlatego, że taka była moda i taka była konieczność. Nawet na Białorusi zakłady przemysłowe muszą funkcjonować tak, by spełnić europejskie normy jakości i zarządzania – czego przykładem jest obecne w polskich sklepach białoruskie piwo i kwas chlebowy Lidskaje, produkowane w nowoczesnym browarze w Lidzie, należącym, co ciekawe, do skandynawskiego kapitału. 

Później przyszły lata 1999-2001, złoty wiek ukraińskiej transformacji i dobrobytu. Czasy wielkich ambitnych reform Wiktora Juszczenki, premiera przy prezydencie Kuczmie. Reformy Juszczenki były tym, czym reformy Jerzego Buzka prowadzone w tym samym okresie. Nie róbmy z Ukraińców ciamajdów, niedorajdów i ludzi niedorozwiniętych umysłowo, którzy rzekomo nie są w stanie w ciągu roku-dwóch dokończyć reformy, wdrożyć resztę prawa wymaganego przez UE i zakończyć negocjacje. Ukraina nie zaczyna od zera, a Polska wcale nie była wyjątkowa pod względem tempa i głębokości reform – Ukraina też tego już dokonała i to kilkukrotnie. 

Reformatorski był nawet pierwszy rząd Wiktora Janukowycza w latach 2002-2004. Pomijając wszelkie kontrowersje, był to też czas ambitnych reform gospodarczych i podatkowych, w tym uproszczenia systemu podatkowego i wprowadzenia niskiej jednolitej stawki podatku liniowego. Teraz podatek liniowy jest passe, sam nie jestem jego zwolennikiem – wolę dobre usługi publiczne. Ale w tych czasach był to wyznacznik postępu i nowoczesności. Kraje, które go wprowadziły jako pierwsze, takie jak Estonia i Słowacja, poszły ostro do przodu i przyciągały inwestorów. Takim gospodarczym tygrysem była też przez chwilę Ukraina za premiera Janukowycza, jeszcze przed pomarańczową rewolucją. W 2003 PKB Ukrainy wzrósł o 10,5%, a w 2004 roku o rekordowe 12,6%. To nie było tylko odbicie po recesji lat 90-tych, ale efekt naprawdę poważnych reform i upodabniania się Ukrainy do Europy Zachodniej – tak, to następowało już wtedy, 20 lat temu. 

Po Pomarańczowej Rewolucji z 2004 roku przyszedł czas prozachodnich rządów Wiktora Juszczenki. Często uważa się je za stracony czas, pełen rozczarowań. Ale nie do końca. Może i zabrakło ambitnych reform i konkretnych prac nad członkostwem w UE, ale Ukraina nie stała w miejscu. W niepamięć odchodziły czasy radzieckie, studia kończyło pokolenie, które wyrastało już w kapitalizmie i ukończyło normalne studia, przygotowujące ich do życia w europejskim państwie. Gospodarka aż do globalnego kryzysu z roku 2008 szła w górę, a państwo się modernizowało. W 2005 roku było co prawda spowolnienie, bo PKB wzrósł tylko o 3,8%. Ale już w roku 2006 wzrost PKB osiągnął 8,3%, w roku 2007 znów imponujące 8,9%, w kryzysowym roku 2008 (upadek Lehman Brothers i początek globalnego kryzysu) też było na plusie: 2,8%. 

Później od 2010 roku przyszedł marazm rządów Wiktora Janukowycza, który tym razem spowolnił reformy, rozwinął uciążliwy system oligarchiczny i zdusił wzrost gospodarczy. Ale nawet ten kojarzony z Rosją prezydent zrobił wiele dla kursu Ukrainy na Zachód. Ukraina za czasów Wiktora Juszczenki i Wiktora Janukowycza skutecznie przeprowadziła wraz z Polską przygotowania do Euro-2012. Był to projekt cywilizacyjny, zbliżający Ukrainę do Unii Europejskiej, który śmiało można uznać za istotny etap na drodze integracji europejskiej. Nie tylko zmodernizowano infrastrukturę, ale ukraińska turystyka w końcu przestała być przaśna i postsowiecka, a stała się europejska. Pojawiły się tanie linie lotnicze i miliony zachodnich turystów w ukraińskich miastach – Lwowie, Kijowie, Odessie, Użhorodzie. Jeszcze kilka lat wcześniej Polacy przyjeżdżali do tych miast jak na dziki wschód, a dzięki Euro pozbyły się one postradzieckiego nalotu, centrum Lwowa czy Odessy zaczęło przypominać Kraków, Gdańsk, Berlin czy Pragę, standardem stał się powszechny angielski i zachodnie, a nie poradzieckie zwyczaje w kwestii obsługi kelnerskiej czy funkcjonowania hoteli i hosteli. A w takich dziedzinach, jak telekomunikacja, cyfryzacja i bankowość, Ukraina stała się nawet bardziej nowoczesna, niż Niemcy czy Francja, o skostniałych Stanach Zjednoczonych wciąż płacących czekiem nawet nie wspominając. 

Piszę o tym wszystkim dlatego, że Ukraina nie startuje do UE z pozycji Kopciuszka który ledwo wyszedł z komunizmu, jakim była Polska i Słowacja w momencie startu negocjacji akcesyjnych w roku 1998 i 1999. Ukraina już w czasach Euro-2012 i Euromajdanu była na poziomie prowadzenia biznesu, zachodniego stylu życia i kwestii technicznych tak samo normalnym krajem europejskim, jak Niemcy czy Francja. Owszem, dużo biedniejszym, gorzej chroniącym środowisko, z rozwalonym transportem publicznym i chaosem reklamowym i przestrzennym. No, czyli tak jak my, tylko bardziej. 

Ale najważniejszy okres jeśli chodzi o reformy i eurointegrację nastąpił w latach 2014-2019. Intensywne reformy zaczęły się już za rządów tymczasowego prezydenta Turczynowa i premiera Jaceniuka wiosną 2014. Nawet w te kilka miesięcy zrobiono wiele – można ten okres porównać do także krótkich rządów Tadeusza Mazowieckiego w Polsce. Później przyszedł prezydent – reformator Petro Poroszenko. Stworzono instytucje antykorupcyjne, system zamówień publicznych ProZorro, stworzono od zera nowoczesną Policję na wzór zachodni zamiast skorumpowanej milicji (i nie, nie była to tylko zamiana tabliczek, tylko gruntowna i trudna reforma). Przeprowadzono ambitną reformę samorządową – porównywalną do naszej reformy Buzka. Ukraina rozpoczęła intensywne negocjacje z UE zmierzające do uzyskania ruchu bezwizowego, umowy stowarzyszeniowej i pogłębionej strefy wolnego handlu, niemal unii celnej z Unią. W zamian za postępy w tym procesie, Kijów musiał wykonać konkretne, ciężkie reformy, dogłębnie zmienić prawo, stworzyć i zreformować instytucje. Tak samo to wyglądało, gdy Ukraina złożyła w 2022 roku wniosek o członkostwo – musiała przeprowadzić konkretne reformy, by w roku 2024 uzyskać zgodę na rozpoczęcie negocjacji akcesyjnych, czyli znaleźć się tam, gdzie Słowacja po latach dewastacji kraju przez Vladimira Mečiara w roku 1999. 

Osoby, które dziś nie wierzą w spełnienie przez Ukrainę reszty wymagań odnośnie członkostwa, wydają się nie zauważać i negować cały ten opisany powyżej proces. Negują i podważają całe 26 lat ukraińskich reform, o ile za ich symboliczny początek zaczniemy mega reformy rządu Wiktora Juszczenki rozpoczęte w roku 1999, porównywalne do reform Mazowieckiego-Balcerowicza w Polsce. A przede wszystkim negują i nie przyjmują do wiadomości proces dostosowywania ukraińskiego prawa i instytucji do wymogów unijnych prowadzony w latach 2014-2019, za prezydentury Turczynowa i Poroszenki. Tymczasem można uznać, że jeżeli za początek ukraińskiej eurointegracji przyjmiemy rok 1999, to przez ten czas Ukraina przeprowadziła już jakieś 80-90% niezbędnych reform i zmian prawa, zasadniczo spełnia też kryteria podstawowe dotyczące demokracji i praworządności – nawet w większym stopniu, niż spełniają je Węgry czy nawet Polska za rządów PiS. Owszem, jest korupcja – ale czyż w Polsce nie jest ścigany Ziobro i Romanowski, czy nie było u nas afery Rywina, Amber Gold i Pegasusa? Jest nepotyzm i niska kultura spraw publicznych – a czy u nas nie ma mega dużego problemu z nepotyzmem w samorządach, z tym że normalny człowiek taki jak ja, nie należący do partii politycznych, nie jest w stanie mimo wiedzy eksperckiej i doświadczenia dostać pracy w instytucjach publicznych w Gdańsku i na Pomorzu, bo wszystko jest obsadzone z klucza partyjnych i towarzyskich znajomości i układzików? Czy nie ma u nas problemu z brakiem innowacyjności i kreatywności polskiego biznesu, nie ma u nas problemu “januszostwa” tego biznesu, nie ma problemu wyzysku pracowników i zleceniobiorców, ustawiania przetargów, budowania pozycji zawodowej w środowisku ekspertów branży transportu publicznego na podstawie powiązań towarzyskich, a nie wiedzy? Piszę o tym tutaj: 

To wszystko jest, jest o tym książka “Patopaństwo”, powiązania “kolesiostwa” w samorządach piętnują lokalni blogerzy, organizacje watchdogowe (np. gdyńska Bryza). Mamy dokładnie ten sam problem z zepsutym państwem i nadużywaniem pozycji przez samorządowców, w tym z ich lansowaniem się za nasze, co Ukraińcy. 

Słowacja przeszła podobną drogę do UE, jaką dziś przechodzi Ukraina. W 1993 roku utworzyła nowe państwo – podobnie jak Ukraina dwa lata wcześniej. Musiała równocześnie odchodzić od komunizmu do gospodarki rynkowej oraz tworzyć swoje państwo od zera, zyskując uznanie międzynarodowe. Co to takiego ta Ukraina? Co to takiego ta Słowacja? Do dziś Ukraina musi się odcinać od Rosji, a Słowacja jest mylona z Czechami i nawet w Polsce lekceważona, jako “gorszy brat Czech” (“po co robić pociąg do Koszyc, skoro wystarczy do Pragi i Bohumina”). I na Słowacji i na Ukrainie wykształcił się w latach 90-tych system oligarchiczny i napółmafijny. I tu i tu były morderstwa polityczne. Słowacja Vladimira Mečiara była krajem bardziej autorytarnym i niedemokratycznym, niż Ukraina Leonida Kuczmy, dlatego wypadła z pierwszej fali rozszerzenia NATO i nie trafiła do pierwszej grupy (“luksemburskiej”) państw zaproszonych do negocjacji akcesyjnych w 1998 roku. 

Słowacja odsunęła Mečiara od władzy w roku 1998 i stworzyła reformatorski rząd Mikuláša Dzurindy. W roku 1999 dołączyła do drugiej grupy negocjującej wejście do UE, mniej zaawansowanej niż Polska, Czechy, Węgry, Słowenia i Estonia. Te kraje miały wejść do UE jako pierwsze, a Słowacja, Rumunia, Bułgaria, Litwa i Łotwa miały wejść później. Wydawało się bez szans, że zdewastowana autorytaryzmem i korupcją Słowacja dogoni Polskę i wejdzie do UE razem z nami. 

Ale udało się. Wszystko leżało wtedy w rękach Słowaków, którzy w 2000, 2001 i 2002 roku zrobili dokładnie to, co ja proponuję, by Ukraińcy zrobili w roku 2026: w pełni skoncentrowali się na negocjacjach akcesyjnych i reformach. Zamykali jeden rozdział negocjacji za drugim, a parlament pracował jak maszynka, zatwierdzając kolejne prawo unijne. Wystarczyły trzy lata intensywnych negocjacji i reform, by w grudniu 2002 Słowacja została zaproszona do UE i 1 maja 2004 została jej członkiem. 

Dlaczego zatem piszę, że Ukraina ma się uporać w rok (cały rok 2026), podczas gdy Słowacji zajęło to trzy lata? Bo Ukraińcy mają łatwiej. Bo 80-90% pracy i reform już wykonali. Bo 80-90% potrzebnego prawa już wdrożyli.  

Do wolontariuszy i aktywistów wspierających Ukrainę mam jeden apel: przestańcie traktować Ukraińców jak debili i nieudaczników. Bo czasem mam takie wrażenie, że takie jest właśnie podejście – że nad Ukraińcami trzeba się wiecznie litować, wiecznie im pomagać rzeczowo, bo sami się na pewno nie ogarną, nie zreformują i nie wejdą szybko do UE. Owszem, pomagać trzeba – ale wsparcie Ukrainy to nie tylko wojsko i wolontariusze wojenni czy pomoc medyczna i humanitarna. Na ostatniej prostej Ukraina potrzebuje teraz naszego wsparcia eksperckiego, wsparcia w reformach – ale także nacisku, by nie zmarnowała swojej historycznej szansy. Bo szybkie wejście do UE jest teraz kwestią przetrwania Ukrainy również w kontekście militarnym. Do NATO Ukraina nie wejdzie, zapomnijmy, na Amerykę Trumpa nie ma co liczyć. Przyszłością jest Europa – w tym wspólna europejska polityka obronna czy przystąpienie Ukrainy do strefy euro jako kolejny gwarant jej bezpieczeństwa.  

Wspierając Ukrainę musiby też być bezwzględni jeśli chodzi o wymaganie od Ukraińców szybkich reform, a konkretnie – dokończenia tego, czego jeszcze nie zrobiono. To kwestia podziału Kolei Ukraińskich na trzy spółki i zmiana zasad finansowania kolei, na wzór polski. To dokończenie reformy samorządowej poprzez wzmocnienie samorządności ukraińskich obwodów, upodabniając je do polskich województw, słowackich krajów i austriackich landów, przygotowując je do absorpcji środków unijnych. To odblokowanie płatności zagranicznym w tym polskim ekspertom, w tym cofnięcie skandalicznych rozwiązań, takich jak to: 

Ukraina da sobie radę i jest w stanie szybko wejść do UE razem z Mołdawią, Czarnogórą, Albanią i Macedonią Północną, a my nie musimy się tego bać, tylko powinniśmy spróbować na tym skorzystać. I w takim podejściu do Ukrainy jak do partnera biznesowego i szansy na dodatkowy zarobek dla nas – biznesu i freelancerów, nie ma niczego złego. Przeciwnie – to przejaw dojrzałości i traktowania Ukrainy po partnersku. Przestańmy ciągle patrzeć na Ukraińców jak na niedorozwiniętych ciamajdów, którym na pewno się nie uda. Zacznijmy od nich wymagać, traktując jak normalne europejskie państwo, które już niemal spełniło wszystkie wymogi członkostwa, a teraz na ostatniej prostej musi jeszcze docisnąć. 

Jakub Łoginow

Wspieraj nasze dziennikarstwo i analitykę – kup ebooka: