Dwadzieścia jeden lat po historycznym rozszerzeniu Unia Europejska stoi przed kolejnym krokiem, który może odmienić jej przyszłość. W najbardziej optymistycznym scenariuszu lata 2028–2031 mogą przynieść przyjęcie nowych państw, pięćdziesiąt milionów nowych obywateli i potężny cios w geopolityczne wpływy Moskwy.
Decyzje, które zapadną do końca września, zaważą na kształcie Europy na dekady. Co istotne, nie rozstrzygną się one wyłącznie w Brukseli, Berlinie czy Paryżu. O losach całego kontynentu może przesądzić niewielka Mołdawia, która 28 września wybierze nowy parlament.
Z myślą o Ukrainie, z nadzieją na Białoruś
W Brukseli podkreśla się, że kluczowym kandydatem pozostaje Ukraina. Sprzeciw Viktora Orbána wobec rozpoczęcia negocjacji akcesyjnych wciąż blokuje decyzje, a jeszcze niedawno rozważano wariant, by najpierw rozpocząć rozmowy z Mołdawią, a dopiero w 2026 roku – po spodziewanej zmianie politycznej w Budapeszcie – z Kijowem. Ostatecznym celem pozostaje przyjęcie obu państw około 2030 roku, najlepiej w pakiecie z kilkoma krajami Bałkanów Zachodnich.
Rozszerzenie to nie tylko obciążenie finansowe, lecz także ogromna szansa: wzmocnienie wspólnego rynku, napływ młodszej populacji, większa konkurencyjność Europy wobec globalnych mocarstw. W tle mamy wojnę za naszą wschodnią granicą. Przyjęcie Ukrainy i Mołdawii do UE oznaczałoby osłabienie rosyjskiego zagrożenia i symboliczne zwycięstwo Zachodu w kluczowym dla Moskwy regionie. Stawką nie jest siła militarna – od tego jest NATO – lecz cywilizacyjny awans, szybka modernizacja i gospodarczy sukces nowych państw członkowskich. W pakiecie ze wschodnimi sąsiadami dołączyć mogłyby Czarnogóra, Albania i Macedonia Północna, a w przypadku zmian politycznych również Serbia. Następne w kolejce byłyby Kosowo, Bośnia i Hercegowina, Armenia i Gruzja – kraje z trudną sytuacją wewnętrzną, które mogłyby zostać zmobilizowane do niestandardowych przemian, gdy zobaczyłyby sukces wielkiego rozszerzenia z lat 30-tych.
Na pierwszy rzut oka rozmowy o rozszerzeniu wydają się abstrakcyjne – w czasie, gdy na Ukrainie trwa wojna, a rosyjskie rakiety spadają na Polskę. „Najważniejsze jest dziś NATO i powstrzymanie Putina” – mówią wolontariusze wspierający Ukrainę. A jednak może być odwrotnie: Moskwa celowo podnosi napięcie właśnie teraz, tuż przed wyborami w Mołdawii, by odciągnąć uwagę od cywilizacyjnej szansy, jaka się z nimi wiąże. Kreml pompuje w mołdawską kampanię ogromne środki, kupuje głosy i manipuluje opinią publiczną, by do władzy doszły siły prorosyjskie. Nie chodzi jednak wyłącznie o Mołdawię, lecz o efekt domina: sukces nad Prutem mógłby pociągnąć za sobą całą przestrzeń poradziecką, włącznie z Białorusią, Gruzją i samą Rosją.
Sprawna akcesja Ukrainy i Mołdawii pozwoliłaby Unii „odhaczyć” kluczowe zadania polityki wschodniej i otworzyć drogę do demokratyzacji Białorusi, a także do ograniczenia rosyjskich wpływów w Gruzji i Armenii. Dziś wolny od Moskwy Mińsk wydaje się political fiction. Ale Białoruś otoczona z trzech stron przez UE, przy osłabionej Rosji, mogłaby rozpocząć proces ewolucyjnych zmian – od złagodzenia reżimu i współpracy handlowej, przez dopuszczenie części opozycji do parlamentu i rozwój języka białoruskiego, aż po pełną wolność i europejską przyszłość w dalszej perspektywie.
Za rządów Putina i Łukaszenki taki scenariusz jest nierealny. W horyzoncie lat 2030–2035, gdy obaj być może odejdą i zastąpią ich słabsi następcy, może stać się jednak możliwy. Dyktatury także ewoluują. Przykładem były pozytywne zmiany w ZSRR i PRL po śmierci Stalina i Bieruta, pierestrojka za Gorbaczowa, wreszcie – nasza Solidarność i Okrągły Stół, który przecież nie od razu miał przynieść zmianę ustroju.
Mołdawia nie może czekać
Jak zatem reagować na problemy związane z węgierskim wetem wobec rozpoczęcia rozmów akcesyjnych z kandydatami – Ukrainą i Mołdawią? O możliwych scenariuszach pisała „Europejska Prawda”, wpływowy kijowski portal analizujący proces integracji Ukrainy z Unią. Dotychczas Bruksela starała się utrzymywać status quo, czekając, aż Budapeszt odblokuje sprzeciw wobec rozpoczęcia rozmów z Kijowem. Teoretycznie można by czekać jeszcze rok, licząc na zwycięstwo Pétera Magyara w wyborach w 2026 roku i odsunięcie Viktora Orbána od władzy. Ale co, jeśli Orbán pozostanie na kolejną kadencję? Czas na zwłokę właśnie się kończy – przede wszystkim za sprawą wyborów parlamentarnych w Mołdawii zaplanowanych na 28 września. W ich wyniku prozachodnia partia PAS prezydentki Mai Sandu może stracić władzę na rzecz sił prorosyjskich, co przekreśliłoby szanse nie tylko dla Mołdawii, ale i dla Ukrainy.
Mołdawskie społeczeństwo pozostaje niemal równo podzielone w swoich wyborach geopolitycznych. Sandu wygrała ostatnie wybory prezydenckie głównie dzięki mobilizacji diaspory, ale kluczowe są wybory parlamentarne – w systemie parlamentarno-gabinetowym, podobnym do polskiego, prorosyjski rząd mógłby blokować jej proeuropejski kurs. Rząd nie odniósł spektakularnych sukcesów, choć nie ma też poważnych porażek. Gospodarka minimalnie rośnie, a dla zwykłych ludzi ciężarem są rachunki za energię i niskie pensje. Problemem pozostaje wszechobecna rosyjska dezinformacja i otwarte kupowanie głosów przez agentów Kremla.
Kontekst geopolityczny sprawia jednak, że znaczenie Mołdawii wzrasta. – Najsilniejszym sygnałem poparcia, który trudno przebić, były niedawne wizyty przywódców europejskich podczas obchodów sierpniowych świąt mołdawskich: Merza, Macrona i Tuska w Dniu Niepodległości (27 sierpnia), a także prezydenta Rumunii Dana Nicușora podczas Dnia Języka Rumuńskiego (31 sierpnia). Był to wyraźny gest wobec samej prezydent Sandu, pokazujący, że Mołdawia stała się wreszcie ważnym państwem europejskim, mającym realnych sojuszników – mówi Krzysztof Kolanowski, ekspert ds. Mołdawii.
Mimo to kraj wciąż zmaga się z poważnymi wewnętrznymi wyzwaniami. Naddniestrze – de facto parapaństwo, w którym stacjonuje niewielki kontyngent rosyjskich wojsk – bywa na Zachodzie demonizowane, choć w praktyce kontrolują je bardziej lokalne struktury mafijne niż Kreml. Dużo poważniejszym problemem jest Gagauzja, uznająca jurysdykcję Kiszyniowa autonomiczna republika wewnątrz Mołdawii, otwarcie prorosyjska i stanowiąca bezpieczną przystań dla agentury Moskwy. To stamtąd koordynowane są kampanie dezinformacyjne i kupowanie głosów.
W tym kontekście jedynym realnym i docenianym przez dużą część społeczeństwa sukcesem rządów partii PAS pozostają postępy na drodze do Unii Europejskiej. Dla Mołdawian obietnica członkostwa w 2029 roku to być może ostatnia rekompensata za trudną codzienność. Można to porównać do polskich nadziei w pierwszych latach transformacji – kiedy wyrzeczenia były akceptowane, bo towarzyszyła im wizja lepszego jutra.
Aby ta wizja przetrwała, przed 28 września partia Sandu potrzebuje spektakularnego sukcesu – najlepiej w postaci rozpoczęcia rozmów akcesyjnych z UE, choć to jest już raczej mało realne. Pomóc mogłaby też kolejna wizyta europejskich premierów (w tym Donalda Tuska i Friedricha Merza) w przededniu wyborów, z zapowiedzią poważnych kontraktów gospodarczych i dotacji w przypadku sformowania prozachodniego rządu.
Czy Mołdawia stoczy się na dno? Fatalny scenariusz dla Polski i Ukrainy
A co, jeśli decyzja o rozpoczęciu negocjacji akcesyjnych nie zapadnie, a ludzie ulegną rosyjskiej dezinformacji? Przegrana prozachodniej partii PAS i zwycięstwo sił prorosyjskich jest całkiem realnym scenariuszem, szanse są pół na pół. Oczywiście można się łudzić, że to nie przesądzi sprawy – jak w Polsce w 1995 roku, gdy wybór Aleksandra Kwaśniewskiego wielu uznało za koniec transformacji, a tymczasem okazał się on jednym z najbardziej prozachodnich prezydentów III RP. W przypadku Mołdawii jednak bardziej realna jest analogia z Ukrainą z 2010 roku. Wówczas, rozczarowani tempem reform, Ukraińcy wybrali Wiktora Janukowycza. Początkowo wydawało się to niegroźne – modernizacja postępowała, Euro 2012 zakończyło się sukcesem, a Janukowycz niemal sfinalizował umowę stowarzyszeniową z UE. Jednak ostatecznie uległ rosyjskim naciskom, a finał znamy.
Jak podkreśla Krzysztof Kolanowski, ekspert ds. Mołdawii, sytuacja może okazać się bardziej złożona: – Niezależnie od tego, kto nominalnie wygra wybory, układ sił będzie dość wyrównany, co zapowiada polityczny paraliż, klincz. Może to spowolnić tempo integracji z UE. Nie wiem, czy można się spodziewać scenariusza gruzińskiego – na pewno jednak w przypadku przejęcia sterów przez partie dzisiejszej opozycji skomplikują się relacje z Rumunią, być może powróci znów odwieczny temat nazwy języka urzędowego. Dużo będzie zależeć od bieżących wydarzeń, zwłaszcza sytuacji na froncie ukraińskim – uważa Krzysztof Kolanowski.
Nieoczywiste aspekty Mołdawii – bałkański, dunajski, czarnomorski
Co Unia może dać Mołdawii – to wiemy: reformy, dobrobyt, wzrost gospodarczy. A co Mołdawia może dać Unii Europejskiej, w tym Polsce? To brakujący element geograficznej układanki, który zapewni stabilność i nowe możliwości biznesowe w inspirującym zakątku Europy. Mołdawia ma tu kilka nieoczywistych atutów.
Jako kraj rumuńskojęzyczny, z ciepłym przyjemnym klimatem, Mołdawia jest ciekawym dopełnieniem Bałkanów. Kraj czeka na odkrycie, również turystyczne oraz inwestycyjne, choć nie ma tu gór ani morza. Geografia Mołdawii sprawia, że ten kraj w wielu aspektach zahacza o sąsiednie regiony, nie do końca będąc ich częścią. Jest państwem “prawie bałkańskim”, “prawie dunajskim” i “prawie czarnomorskim”. Blokada portów ukraińskich pokazała, że nawet niepozorna Mołdawia może bardzo pomóc, gdy porty odeskie były pod ostrzałem, a lądowe przejścia graniczne Ukrainy z Polską się zapchały. W takich krytycznych sytuacjach ujawnia się siła Mołdawii, która może dużo pomóc, gdy jest po “naszej”, zachodniej stronie mocy – a nie po stronie Rosji.
U ujściu rzeki Prut do Dunaju powstał dwie dekady temu prawdziwy mołdawski port morski – Giurgiulești. Stało się tak w wyniku umowy mołdawsko-ukraińskiej, naprawiającej to, co w granicach byłych republik radzieckich skomplikował Stalin. Otóż jedyna sensowna droga i linia kolejowa łącząca resztę kraju z ukraińską Besarabią (nadmorskim regionem Ukrainy przy granicy z Rumunią) biegnie tranzytem przez fragment Mołdawii. Ukraina dostała ten fragment drogi w zarząd jako “eksterytorialny”, w zamian udostępniając Mołdawianom kilkaset metrów głębokowodnego nabrzeża Dunaju przy trójstyku granic Mołdawii, Ukrainy i Rumunii. Dunaj ma tu status morskich wód wewnętrznych (jak Odra w Szczecinie), zatem Mołdawia stała się krajem pełnomorskim. A zarazem – pełnoprawnym państwem dunajskim. A to nie byle jaka rzeka – najważniejsza europejska droga wodna, łącząca wiele ważnych stolic (Budapeszt, Bratysława, Wiedeń) i ośrodków gospodarczych. A za pomocą kanału Ren-Men-Dunaj, ta wielka rzeka łączy porty Morza Czarnego (w tym potężną rumuńską Konstancę) z portami Morza Północnego, z gospodarczym centrum Europy.
Mołdawia, dzięki portowi Giurgiulești, w tej całej dunajsko-czarnomorskiej układance uczestniczy. Jest pełnoprawnym państwem Regionu Morza Czarnego i Regionu Dunaju, ze wszystkimi tego konsekwencjami w polityce międzynarodowej i biznesie. Podczas blokady Odessy, Ukraina przetrwała gospodarczo i jako państwo również dlatego, że w roli logistycznego okna na świat skutecznie wykorzystała swoje trzy dunajskie porty morskie: Izmaił, Reni i Wyłkowe. To trochę tak, jakby Polskę nagle pozbawić wskutek wojny naszych największych portów: w Gdańsku, Gdyni i Szczecinie-Świnoujściu, a my byśmy sobie poradzili, stawiając na niepozorny Kołobrzeg, Ustkę i Darłowo. Dokładnie takiego “cudu” dokonali Ukraińcy, wyciskając ze swojego odcinka Dunaju wszystko, co się tylko dało.
W tej operacji logistyczno-biznesowej istotnie pomogła również Rumunia (w tym port Konstanca), ale także Mołdawia. Istotna część ukraińskiego tranzytu była obsługiwana w mołdawskim porcie morskim, a ukraińskie towary (w tym zboże) szły do ukraińskich portów dunajskich (zwłaszcza do Reni) również tranzytem przez Mołdawię. W sytuacji zamkniętego nieba, oknem na świat dla wielu Ukraińców stało się kiszyniowskie lotnisko.
W 2023 roku Ukraina dokonała spektakularnych zwycięstw na Morzu Czarnym i wygnała Rosjan z zachodniej części tego akwenu, dzięki czemu przywrócono normalną żeglugę handlową do portów aglomeracji odeskiej – czyli Odessy, Czornomorska i Piwdennego. Rola portów dunajskich nie jest już tak krytycznie ważna dla ukraińskiej państwowości – ale w kluczowym momencie pozwoliła naszym sąsiadom przetrwać, a nawet notować wzrost gospodarczy w warunkach wojennych.
Historię piszą nie tylko politycy i żołnierze na froncie, cichymi bohaterami są także logistycy i portowcy. W fascynującej historii ukraińskich zwycięstw i sukcesów gospodarczych na Dunaju i Morzu Czarnym, niebagatelną rolę odegrała również Mołdawia, której europejska przyszłość rozstrzygnie się 28 września.
Jakub Łoginow
